Pierwszy raz w historii Pucharu Europy lub Ligi Mistrzów zdarzyło się, że zespół, który przegrał mecz na swoim boisku różnicą trzech (lub więcej) bramek, odrobił w rewanżu straty i awansował do kolejnej rundy. Aarhus GF zapisał się więc rewanżem z Lechem w Poznaniu (po porażce 1:4 w Danii) w historii tych 71-letnich rozgrywek. Dla statystyków – takich jak red. Wojciech Frączek z TVP, który tę informację podał – środowy wynik jest więc wart odnotowania i zapamiętania.

Dla poznańskich kibiców klęska z mistrzem Danii jest czymś, o czym chcieliby jak najszybciej zapomnieć, ale to niemożliwe. Szok, jaki wywołało odpadnięcie w takich okolicznościach, jest jak głęboka rana. A po niej zostanie trudna do zagojenia blizna.

Lech Poznań w drodze do Ligi Mistrzów miał być inny

Lech Poznań od dwóch dekad jest klubem stabilnym organizacyjnie, ale przez lata był chwiejny sportowo. Mogło się wydawać, że w końcu i w tym osiągnął balans. Wcześniej Kolejorz rozbudzał oczekiwania, a potem je miażdżył. Docierał do finałów Pucharu Polski, by przegrać pięć na pięć z nich. Sezon po zdobyciu mistrzostw Polski w 2010 i 2015 r., w lidze kończył się katastrofą – brakiem awansu do pucharów (czyli zaprzepaszczeniem rankingu UEFA), a chwilami nawet szorowaniem o dno tabeli.

Ostatnich pięć sezonów to jednak nie tylko trzy mistrzostwa Polski (2022, 2025, 2026), ale przede wszystkim obrona tytułu, pod kierunkiem trenera Nielsa Frederiksena. Na dodatek, wbrew polskiej „tradycji”, kadra znów nie została osłabiona przed eliminacjami Ligi Mistrzów, ale wzmocniona (dziś możemy dyskutować, czy dostatecznie). Terry Yegbe, obrońca z Ghany, na którego wykupienie z Metz nie szczędzono kilku milionów euro, w meczu w Danii był pewny w defensywie, a jeszcze strzelił takiego gola, że wideo z uderzeniem z dystansu i stopklatki przerażonych twarzy duńskich fanów można oglądać w nieskończoność.

Czytaj więcej

Złota gwiazdka za odcięcie pępowiny. Kulisy dojrzewania Lecha rodziny Rutkowskich

To wszystko sprawiało, że nawet mocno doświadczeni poznańscy kibice na rewanż z mistrzem Danii szli spokojni, łagodnie uśmiechnięci. Stadion przy Bułgarskiej w ostatnich miesiącach wypełnia po 35-40 tysięcy fanów, co jest dowodem głębokiego zaufania do Lecha. To frekwencja, o jakiej w Poznaniu z taką regularnością jeszcze niedawno można było pomarzyć. Ci kibice, po odpadnięciu z Aarhus, wyglądali nie tylko na zszokowanych i zrozpaczonych, ale też zwyczajnie oszukanych, nabranych, nabitych w butelkę. Kolejny raz, ale tym razem mocno jak nigdy. 

Lech zmarnował swój ranking i rozstawienie

Ten Lech wydawał się bowiem robić to, co do niego należy. Obiektywnie wydaje się najsilniejszy w Ekstraklasie, więc ją wygrywa. O ile rok temu odpadł z bogatszą Crveną Zvezdą Belgrad, to tym razem po prostu miał pokonać teoretycznie słabszych od siebie, bo za sprawą rankingu UEFA, we wszystkich rundach eliminacji Ligi Mistrzów był rozstawiony. To prawda, wylosowanie mistrza Danii było pechowe, ale to przeszkoda, której pokonanie jest obowiązkiem, by grać w elicie. Zastanawianie się, czy dogodniejszym rywalem będzie potem austriacki Linz, czy może norweski Viking, było uzasadnione. I ta wielka przewaga w postaci rozstawienia została zmarnowana. Gdy poprzednio miała ją Legia i los podsunął jej irlandzki Dundalk, skończyło się ostatnim polskim awansem do Ligi Mistrzów, dekadę temu. 

Polskie kluby za sprawą swoich wyników w Lidze Konferencji zbudowały nie tylko dobrą pozycję w rankingu UEFA, ale i przekonanie, że dokonują stałego postępu. Wyniki pucharowych meczów w Poznaniu (1:3 z Crveną Zvezdą, 1:5 z Genk, 1:3 z Szachtarem Donieck, 1:4 z Aarhus) każą jednak myśleć, że Lech Nielsa Frederiksena jest piłkarsko najlepszy w Polsce, ale w Europie – jest najlepszy tylko w zawodzeniu oczekiwań.