Miejsce od trzech lat się nie zmienia: Hohes Licht, hotel i klinika dla kobiet w jednym. Tam polska kadra zatrzymywała się w Oberstdorfie, od kiedy trenerem został Hannu Lepistoe, i tak pozostało.
Łukasz Kruczek przywiózł swoich skoczków w sobotę wieczorem, dość późno w porównaniu z innymi drużynami, ale też Polacy nie mieli się do czego spieszyć. Małysz tym razem nie był potrzebny na konferencjach prasowych. Teraz scena należy do innych, choć Polak ma swoje ważne miejsce w folderze turnieju, nawet w rubryce „faworyci”. Miły ukłon w stronę jednego z byłych zwycięzców. Jest ich wśród skaczących jeszcze tylko dwóch, Anders Jacobsen i Jakub Janda.
Wszyscy mają podobne szanse na powtórzenie sukcesu – niewielkie. Turniej widział już różne rzeczy, ale skok po zwycięstwo albo choćby na podium z 28. miejsca w Pucharze Świata, które zajmuje teraz Małysz, to byłyby czary, a nie sport.
Nadzieję dał pierwszy trening, gdy Polak był siódmy (133,5 m), potem nastąpił szybki powrót do rzeczywistości. W kwalifikacjach po skoku na 120 m Małysz wylądował dokładnie tam, gdzie jest w PŚ, na 28. pozycji. Dziś w pierwszej serii będzie rywalizował z Czechem Romanem Koudelką, nieznacznie lepszym w eliminacjach (123 m).
Awansował też Piotr Żyła, ale z 49. miejsca (112,5 m), a to oznacza wątpliwą przyjemność zmierzenia się w pierwszej serii z Gregorem Schlierenzauerem, faworytem turnieju. Austriak nigdy w konkursie w Oberstdorfie nie był niżej niż na drugim miejscu, w Pucharze Świata ustępuje tylko Simonowi Ammannowi, wygrał ostatni konkurs w Engelbergu. Ammann ma równie mocne karty. Zwyciężał w tym sezonie PŚ na każdej skoczni, po jednym razie w Kuusamo, Trondheim, Pragelato i Engelbergu. On i Schlierenzauer to dwa różne żywioły. Dojrzałość kontra młodość, siła odbicia przeciw panowaniu nad powietrzem w locie. Szwajcar nie ma jak uciekać przed presją, ze Szwajcarów zostali na skoczniach tylko on i Andreas Küttel.