Polakom pomaga wiatr?
Warunki się zmieniają, ale są stosunkowo równe. Nasi zawodnicy podczas konkursu w Innsbrucku faktycznie skakali w lepszej strefie, ale już Kamil Stoch wcale nie miał idealnego wiatru. Wiadomo, że mówimy o dyscyplinie, w której potrzeba odrobiny szczęścia. Nasi skoczkowie są jednak w świetnej formie, co widać po prędkościach na progu. Rozpędzili się i jestem pewien, że niczego nie zepsują.
Co się wydarzy w Bischofshofen?
Wszystko wskazuje na to, że – biorąc pod uwagę profil skoczni oraz warunki, jakie tam panują – Polacy walkę o zwycięstwo rozegrają między sobą. Mówimy o obiekcie, gdzie trzeba prowadzić narty płasko, aby później odlecieć na zeskoku. To przemawia za Stochem. Kubackiemu na pewno dały oddech narodziny dziecka, zyskał spokój.
Co z liderem Pucharu Świata Halvorem Egnerem Granerudem?
Widać u niego obniżkę formy. Jeszcze w grudniu przeskoczyłby mniej korzystne warunki, na które narzekał. Jego wysoka dyspozycja ucieka, co pokazują także prędkości na progu, które Norwegowie zawsze mieli wysokie. To normalne, takie rzeczy się zdarzają. Problemy z formą mają też Niemcy – Karl Geiger czy Markus Eisenbichler. Znam ich trenerów, widzę w ich gestach zniechęcenie.
To może czas u nich na przerwę i spokojny trening, jaki Polacy mieli zamiast startów w Niżnym Tagile?
Obserwowałbym ich dyspozycję, poczekał. Granerud dalej będzie skakał dobrze oraz zajmował miejsca w czołówce, ale nie będą to występy błyskotliwe. Na pewno ma w głowie mętlik i nie do końca wie, co się dzieje. Jego sytuacja to przeciwieństwo naszych skoczków, u których widać uśmiech i spokój. Są doświadczeni oraz pewni swoich umiejętności. To deprymuje rywali.
Jak wpłynęło na nich zamieszanie związane z wykryciem koronawirusa u Klemensa Murańki?
Pokonali drogę z piekła do nieba. Wiedzieliśmy, że pozytywny wynik badania to koniec, zero szans na start. Zawodnicy siedzieli przybici w pokojach. Byliśmy zirytowani, bo przecież właśnie z powodu koronawirusa odpuściliśmy starty w Niżnym Tagile, minimalizowaliśmy ryzyko. Wszystko zmieniło się, kiedy Klemens miał negatywny wynik kolejnego testu. Zaczęliśmy naciskać, uruchomiliśmy polskiego konsula. Jego zapytanie do organizatorów wywołało popłoch. Pomogło też wsparcie z Międzynarodowej Federacji Narciarskiej. Inna sprawa, że gdyby dyrektorem Pucharu Świata wciąż był Walter Hofer, nic byśmy nie wskórali. U niego decyzja to decyzja. Nie ma od niej odwrotu.
Jaki byłby ten turniej bez Polaków?
Na pewno nudniejszy, a lepszy humor mieliby Niemcy oraz Norwegowie. Nastroje mógłby im popsuć tylko Anże Lanisek, ale taki turniej pozostawiłby u wszystkich duży niesmak. Na szczęścia udało się uratować sytuację. Jesteśmy na fali.
Nie boi się pan, że za chwilę któraś z zagranicznych federacji zacznie podchody pod Michala Doleżala?
On bardzo sobie ceni to, jak my go doceniamy. Stefan Horngacher informację o tym, że ma ofertę od Niemców, przekazał nam w styczniu ubiegłego roku. Byliśmy przekonani, że ją przyjmie. Błyskawicznie dograliśmy więc sprawy z Doleżalem. Oczywiście: rozmawialiśmy z innymi trenerami, ale tylko dlatego, żeby Michala nie spalić i go chronić. Dziś widać, że podjęliśmy dobrą decyzję.
Andrzej Stękała, który jest odkryciem zimy, mógł powalczyć nawet o podium Turnieju Czterech Skoczni. Co się stało w drugiej serii w Innsbrucku?
Napisał mi po konkursie, że spięło mu nogę. Jego odbicie było nierówne. Andrzej dodał też, że ten jeden nieudany skok nauczył go więcej niż rok startów w Pucharze Kontynentalnym. Taka świadomość u zawodnika cieszy.
Stękała niedawno był jedną nogą poza skokami i dorabiał w karczmie. Jego przykład pokazuje, że w sporcie potrzeba też czasem sporo szczęścia...
Takie sytuacje to efekt dziury w systemie polskiego sportu. W wieku 18–23 lat, zawodnicy wchodzą w dorosłość, chcą prowadzić samodzielne życie i choć mają świetne warunki szkolenia, to brakuje stypendiów, a przecież – nie oszukujmy się – większość zawodników w sportach zimowych pochodzi z rodzin ubogich. Chcemy to zmienić. Planujemy wystąpić do ministerstwa z projektem powołania szerokiej kadry olimpijskiej. To grupa, której członkowie przez rok–dwa przed igrzyskami dostawaliby stypendium według określonego klucza. Dzięki temu mogliby trenować i mieć parę groszy na własne potrzeby. Liczę, że dzięki temu przestaniemy tracić talenty.