Gdy w marcu 2001 r. Małysz uzyskał na dużej skoczni w Trondheim 138,5 m, trener Apoloniusz Tajner chwytał się za głowę, bo był to skok 7,5 m za ostatnią czerwoną linię wyznaczającą rozmiar skoczni.
Oglądaliśmy jeden z najładniejszych rekordów Polaka podkreślony efektownym zwycięstwem w konkursie. Przez lata nikt nie mógł się zbliżyć do tego wyniku. Norweg Daniel Forfang skoczył wprawdzie w 2005 r. 140 m w zawodach nieoficjalnych i dwa razy inni skoczkowie lądowali dalej, ale z upadkiem, więc rekord przetrwał do piątku wieczorem i dopiero przebudowa skoczni dała szansę na poprawienie wyniku Małysza.
Pierwszym, który skoczył pół metra dalej, był Matti Hautamaeki – w drugim skoku treningowym osiągnął 139 m. Fin także skoczył daleko w pierwszej serii (137,5 m), dorównał mu tylko Martin Schmitt.
Kwalifikacje wygrał Harri Olli, ten, który sprawiał Finom ostatnio trudności wychowawcze, ale w porę wrócił na dobrą drogę i do kadry nowego trenera Janne Väätäinena. Olli skoczył 137,5 m, za nim był Anders Jacobsen z Norwegii, potem Matti Hautamaeki.
Własna skocznia przede wszystkim pomogła Norwegom. Mika Kojonkoski nie musiał się wstydzić jak w Kuusamo. Pięknie skoczył powołany z rezerw Sigurd Pettersen. Zawody zamieniły się w walkę norwesko-fińską, bo najlepsi Austriacy z racji wysokich miejsc w PŚ nie musieli uczestniczyć w kwalifikacjach.