Nasz najlepszy tenisista zrobił to, czego oczekiwaliśmy – wygrał oba single, w tym najważniejszy z rakietą nr 1 gości Ricardasem Berankisem (76 ATP) 6:3, 6:4, 6:2. Właśnie to zwycięstwo dało Polsce trzeci punkt i ostatnia gra była już tylko towarzyska.
Berankis to przyzwoity tenisista, przywracający wiarę, że aby dobrze grać, nie trzeba być dwumetrowym superatletą. W piątek nie dał szans Łukaszowi Kubotowi, ale w niedzielę w starciu z Janowiczem był już bezradny.
– Nie powiedziałbym, że było dziś łatwo. Po prostu grałem bardzo dobrze, rywal także, ale ja jeszcze lepiej. Wiedziałem, że powinienem grać ofensywnie i zabierać mu rytm. Berankis biega blisko linii końcowej, lubi długie wymiany. Musiałem mu to utrudnić. Tak się stało, zagrałem agresywnie – powiedział po meczu Janowicz.
Ale bardzo ważne było też to, co wydarzyło się w sobotę, tj. sukces polskiego debla i to debla nietypowego, bo pierwszy raz od dawna obok Marcina Matkowskiego nie grał Mariusz Fyrstenberg, lecz Łukasz Kubot. Ten manewr kapitana Radosława Szymanika zakończył się powodzeniem, bo Polska para wygrała, ale mecz był bardzo zacięty. Raz swoje podanie przegrał każdy z Litwinów (w pierwszym secie Berankis, w drugim Grigelis), na szczęście w tie-breaku seta trzeciego wszystko poszło już gładko. Polska para objęła prowadzenie 5:0 i dowiozła przewagę do mety.
Kolejnym rywalem Polaków w drodze do baraży o Grupę Światową będzie Ukraina (17–19 lipca w Polsce) i jeśli Janowicz zagra tak jak w Płocku, wtedy marzenia o awansie do elity znów będą realne.