Rzeczpospolita: W czwartek wraca Puchar Świata. Tęsknił pan za rajdową adrenaliną?

Rafał Sonik: Ostatnie etapy zwykle dają nam w kość, więc po zakończeniu rajdu nie jesteśmy w stanie nawet patrzeć na quada. Ale po tygodniu, dwóch zmęczenie mija. A jeśli, tak jak w moim przypadku, dochodzi do tego jeszcze głód wyniku, to wsiadając na quada, czuję się jak dziecko wyczekujące prezentów pod choinką.

Jak spędził pan ostatnie tygodnie?

Po powrocie z Argentyny okazało się, że mam złamaną prawą nogę. Z taką kontuzją jechałem trzy i pół dnia. Nie było gdzie zrobić prześwietlenia, więc założyłem, że uszkodziłem torebkę stawową. Do tego jeszcze lewe kolano, pamiętające wypadek na Sardynii. Żeby mieć sprawne nogi na Maroko, a potem na Dakar, musiałem je oszczędzać, nie mogłem normalnie trenować. Skupiłem się na ćwiczeniach, które można wykonywać na leżąco i siedząco. W domu mam salkę treningową, więc mogłem poświęcić dużo więcej czasu partnerce Karolinie i dzieciom. Myślę, że wszyscy byli zadowoleni, bo po długiej nieobecności byłem grzeczny i cichutki. Gdy dostanie się pałą przez plecy, jak ja w Chile i Argentynie, mężczyzna – nawet najbardziej hardy – pokornieje.

Spodziewał się pan, że walka o Puchar Świata będzie w tym sezonie tak wyrównana?

Od pierwszego dnia inauguracyjnego rajdu w Emiratach czułem, że będzie ostro. Już na początku wlano mi paliwo z brudnego kanistra. Zatkało mi filtry, pompę i ukończyłem ten etap na dziewiątym miejscu. Straciłem półtorej godziny i już wiedziałem, że nie będzie to łatwy sezon. Gdy po trzech dniach wywalczyłem pierwszą pozycję i wracałem do swojego tempa, rozleciał mi się silnik. Los mnie nie oszczędzał także później. Wypadek na Sardynii, dziwna awaria elektroniki metromierza w Chile. Te przeciwności nie osłabiają jednak mojej woli walki, choć zdaję sobie sprawę, że musiałbym mieć dużo szczęścia, by obronić trofeum, i sporego pecha, by spaść z drugiej pozycji. Pustynia marokańska jest zdradliwa, pełna pułapek, ale one czyhają też na moich przeciwników.

W poprzednich latach zdobywał pan PŚ ze sporą przewagą. Woli pan atakować czy uciekać?

Pewnie uciekałbym i teraz, gdyby z kalendarza nie zniknęła Sardynia. Tam zyskiwałem przewagę, którą później dowoziłem do mety. Fachowcy od jazdy w Ameryce Południowej czy Arabowie z reguły dostawali na Sardynii w kość ze względu na trudną nawigację i inną charakterystykę terenu – góry, bez pustyni. W Maroku wygrałem trzy z czterech rajdów, raz byłem drugi. To dobry prognostyk. W przypadku trudnej nawigacji lepiej jest atakować, bo wtedy najbardziej denerwuje się lider, każda pomyłka może kosztować prowadzenie, co było widać w Argentynie. Natomiast jeżeli trudny jest teren, lepiej być z przodu, ponieważ kurzy się tak, że przez dziesiątki czy nawet setki kilometrów nie da się wyprzedzać. Tak było na ostatnim etapie w Argentynie, na wąskich górskich drogach. Znajomość trasy jest większą przewagą niż w piłce nożnej atut gry na własnym boisku.

Kto będzie pańskim najgroźniejszym rywalem w Maroku?

Dysponujemy podobnym sprzętem. Od reszty odstaje bardzo tylko quad lidera PŚ Keesa Koolena – w zasadzie konstrukcja prototypowa, zbudowana na silniku KTM, ale dopracowana i niesamowicie szybka. Jedyne miejsca, gdzie mogę z Holendrem rywalizować, to najbardziej techniczne i fizycznie wyczerpujące fragmenty trasy. Szybcy będą też Rosjanin Siergiej Karjakin, Francuz Sebastien Souday i Peruwiańczyk Alexis Hernandez. W przeciwieństwie do rajdów w Ameryce Południowej nie mam poczucia, że jestem mięsem armatnim. Tam lokalni kierowcy znają trasę na pamięć i idą pełnym ogniem w ślepe zakręty. Reszcie pozostaje liczyć na łut szczęścia, błędy czy awarie przeciwników. W Maroku rzadko startują miejscowi zawodnicy, a jeśli już, to z reguły decyduje przygotowanie sprzętu.

Lubi pan te saharyjskie trasy, na których rozgrywano kiedyś Dakar?

Po pierwsze, nie jeździmy tak wysoko jak w Ameryce Południowej, co jest bardzo wyczerpujące dla organizmu. Proszę mi wierzyć, że człowiek mieszkający na nizinach, choćby nie wiem, jak się przygotowywał, powyżej 4 tys. metrów nie jest w stanie klarownie myśleć. Jedziemy wprawdzie przez Atlas, ale nie są to góry porównywalne z Andami. Na szczęście. Po drugie, jest gorąco, ale nie upalnie jak w argentyńskiej Fiambali, gdzie potrafi być ponad 50 stopni. Temperatury w Maroku nie powinny przekroczyć 40 stopni. I co najważniejsze, ścigamy się na północy Afryki, a to oznacza, że co kilka, kilkanaście godzin będziemy widzieli ludzi. Większość pustyń marokańskich znam świetnie. Lubię bardzo te trasy, jeździłem tu nieraz w rajdach historycznych. Miałem przyjemność siedzieć za kierownicą Renault Alpina z przełomu lat 60. i 70. Do startu w Maroku podchodzę jak do Dakaru w 2015 roku. Czuję, że jestem przygotowany, wiem, że mam pod górę, ale nie przejmuję się tym. Dostałem fantastyczne wsparcie od przyjaciół, którzy piszą mi esemesy o następującej treści: „Rafał, ty zawsze walczysz do końca”, „Cuda, jeśli się zdarzają, to ty na cud zasłużyłeś”. Zawsze powtarzam, że kibice są potrzebni wtedy, kiedy jest najciężej.