Hubert Hurkacz rozstał się ze swoim pierwszym Wimbledonem w dobrym towarzystwie: Petry Kvitovej, Dominika Thiema i Davida Goffina.
Wimbledońska przygoda Hurkacza skończyła się szybko – po 109 minutach młody polski tenisista przegrał z Bernardem Tomiciem 4:6, 2:6, 6:7 (2-7).
Z tego spotkania zostanie w pamięci mocne słońce i porywisty wiatr, plażowa londyńska pogoda trwa bowiem w najlepsze. Miłych wrażeń sportowych nie było, gdyż Australijczyk zwyciężył zdecydowanie. Hurkacz nie znalazł pomysłu na jego atak, nie potrafił pozbawić rywala pewności siebie i spokoju.
– Zabrakło mi doświadczenia. Tomić to specjalista od gry na trawie, grał nieprzyjemne, tzw. martwe piłki, czerpał energię z moich uderzeń. Wiele muszę poprawić, by wygrywać w Wielkim Szlemie z takimi jak on. Jestem zły na siebie, mogłem lepiej serwować, lecz to przeciwnik zmusił mnie do dopasowania się do jego gry – ocenił młody Polak.
Z Hurkacza możemy mieć jednak wielkoszlemową pociechę, bo skromności ma w sobie wiele, tak samo jak pokory wobec pracy. W rozmowie z tenisistą z Wrocławia słyszeliśmy Małyszowe echo: – Jak będę solidnie trenować, to wyniki przyjdą same.
Hurkacz wraca do Polski, zacznie przygotowania do startów w USA na kortach twardych, ale zanim to zrobi, będzie na przełomie lipca i sierpnia jedną z gwiazd challengera ATP Sopot Open, jak nazwa nie wskazuje – na razie w Gdyni.
Tomić od wielu lat pokazuje, że nosi w sobie gen samodestrukcji. Australijskie media są zdania, że Bernard, choć ma tylko 25 lat, wszedł w ostry zakręt, z którego może nie wyjechać.
Jego sportowa historia, od dzieciństwa pełna skandali, obrażania działaczy i rywali, straconych szans oraz obecności toksycznego ojca, wciąż się toczy.
Publicznie głoszone sarkastyczne opinie w rodzaju: „Po prostu zarabiam w tenisie wielkie pieniądze, liczę swoje miliony i wam radzę to samo", są zapewne rodzajem obrony, ale ostatnimi czasy z tymi milionami nie jest dobrze, australijski związek tenisowy też skończył z pomocą.
W drugiej rundzie rywalem Tomicia będzie Kei Nishikori, więc swoboda gry, dobrze widoczna w meczu z Polakiem, może nie wystarczyć.
Australia miała jednak swój dzień, we wtorek wygrali Nick Kyrgios, Daria Gavrilova, Ashley Barty, Samantha Stosur i Matthew Ebden (z Belgiem Davidem Goffinem – nr 10).
Nie miała swego dnia Petra Kvitova, co jest kolejnym dowodem na kruchość dwukrotnej mistrzyni Wimbledonu. Przegrała z Aliaksandrą Sasnowicz 4:6, 6:4, 0:6.
Wieczorem (po zamknięciu gazety) na korcie nr 6 pojawiła się także Magda Linette, grała z Julią Putincewą i nie była kandydatką do zwycięstwa.
Środa to dzień kolejnego meczu Agnieszki Radwańskiej. Po sześciu szczęśliwie obronionych meczbolach z rumuńską kwalifikantką trudno powiedzieć, co czeka widzów w spotkaniu Polki z Lucie Safarovą. Najlepiej czekać na tę rywalizację z bardzo ostrożnym optymizmem.
Krzysztof Rawa z Wimbledonu