Jak pan znosi nagły przypływ zainteresowania swoją osobą: bardziej to przyjemne czy męczące?
Pół na pół. Na pewno przyjemne, ale na dłuższą metę robi się uciążliwe. Media wydzwaniają, każdy jest ciekawy, każdy chce się czegoś dowiedzieć o Mai. Jako jej pierwszy trener biorę to na klatę, ale nie ukrywam, że w dniu półfinału było ciężko.
Czytaj więcej
Tenis jest jak szachy. I jak polityka. Żelaznej woli zwycięstwa musi towarzyszyć wybór właściwej taktyki. I tu liczę na błędy po stronie Andrejewej.
Gdzie pan ogląda paryskie mecze swojej wychowanki?
W zaciszu domowym, w gronie rodzinnym. Miasto Dąbrowa Górnicza wyszło z fajną inicjatywą, na półfinał zorganizowano strefę kibica, dostałem zaproszenie, ale chciałem zobaczyć ten mecz tak po swojemu.
Dużo zdrowia kosztują pana te spotkania?
Jestem spokojny, pewny gry Mai. Widać, że jest dobrze przygotowana do tego turnieju, gra swój najlepszy tenis, więc w ogóle się nie denerwuję.
Siedząc na trenerskiej ławce, emocjonował się pan bardziej?
Chyba też nie. Pracowaliśmy z Mają prorozwojowo, wykuwaliśmy talent z założeniem, by wyniki przyszły w odpowiednim momencie, czyli teraz. Wówczas granie było bardziej treningiem. Zwycięstwa utwierdzały nas, że idziemy w dobrym kierunku, a porażki były okazją do analizy, szukania przyczyn, stawały się krokiem w rozwoju. Oczywiście Maja na każdy turniej jechała z przeświadczeniem, że chce go wygrać. Budowanie mentalności zwycięzcy jest bardzo ważne. Mocno stawiałem na motywację wewnętrzną, a nią jest właśnie wygranie turnieju, wskazywanie celów, że chcę być najlepszą, wygrać kiedyś Wielkiego Szlema. Jak się ogląda archiwalne wywiady, to mała Maja często o tym mówiła.
W Paryżu Chwalińska zadziwia świat swoją nieoczywistością.
Stawialiśmy na szeroko pojętą wszechstronność. Nie tylko techniczną, taktyczną, ale też motoryczną. Do tego na przygotowanie mentalne. Wyszukiwałem cytaty wielkich sportowców, dawałem Mai na odprawach, ona wklejała je do swojego zeszytu i na pewno się do nich stosowała. Wywiady, o których wspomniałem, też miały cel. Chodziło o to, by młoda zawodniczka oswajała się z kamerą, z pytaniami dziennikarzy. Organizowałem też treningi otwarte, Maja grała mecz ze swoim sparingpartnerem, na który starałem się zaprosić jak najwięcej osób, by tworzyli realną atmosferę ważnego spotkania.
Sukces w Paryżu chwilami jednak odbiera jej mowę. Inna rzecz, że słowa w zasadzie nie są chyba potrzebne?
W pewnym sensie tak, ale jest naturalna, widzę jej duży luz. Mimo zmęczenia, po meczach spokojnie rozmawia z dziennikarzami, nie usztywnia się na konferencjach, czuje się jak ryba w wodzie.
Macie kontakt w trakcie turnieju?
Nie. Przede wszystkim dlatego, że nie chcę burzyć jej rutynowego rytmu. Będziemy na wszystko mieli czas po finale.
Czytaj więcej
Wimbledon rządzi się swoimi prawami, to dość konserwatywna organizacja. Niemniej wspólnie z teamem Mai Chwalińskiej robimy wszystko, aby zmaksymali...
Jak Maja dawała radę godzić trening ze szkołą?
Uczennicą była bardzo dobrą. Miałem kontakt z dyrekcją oraz nauczycielami zarówno jej podstawówki, jak i gimnazjum, i szkoły średniej. Zawsze słyszałem same superlatywy od wychowawców. Mało tego, była do tego stopnia skromna, że gdy w gimnazjum z Igą Świątek zdobywały młodzieżowe, drużynowe mistrzostwo świata, to w jej klasie o tym nikt nie wiedział. Te rozgrywki przypadały na okres wakacyjny i we wrześniu, pamiętam, wychowawczyni pytała, czy może powiedzieć innym uczniom o sukcesach Mai. Ona się nimi wobec rówieśników w ogóle nie afiszowała.
A w ogóle jak pan znalazł Maję?
Razem z dąbrowskim Centrum Sportu i Rekreacji byłem inicjatorem autorskiego programu, górnolotnie nazwanego Talentiada, w nawiązaniu do programu ogólnopolskiego. Jeździłem po szkołach i promowałem zajęcia dla dzieci z klas 1-3. Maja na nie przyszła, zachęciłem ją, namówiła rodziców, przyszli na korty do Parku Hallera, odbyły się testy sprawności fizycznej, a następnie tydzień gier i zabaw. Na tej podstawie wybrałem dziesiątkę dzieciaków, które przez kolejny rok nieodpłatnie brały udział w zajęciach tenisowych. Maja trafiła do mnie jako siedmiolatka, po roku treningów karate. Wyróżniała się pod względem sprawności fizycznej.
Od razu zafascynowała się tenisem?
Złapała bakcyla, bo raz, że robiła postępy, szybko uczyła się rzemiosła tenisowego, a dwa – namiętnie oglądała w domu tenisowe mecze z tatą. Potem o nich opowiadała, wiedziała, kto z kim, kiedy i o co będzie grał. Szliśmy krok po kroku, etap po etapie, z czasem zdałem sobie sprawę, że pracuję z wybitną zawodniczką. Taką, która w skali kraju trafia się raz na 10-20 lat, choć akurat z Igą są z tego samego rocznika.
Rodzice nie wywierali presji?
Myśmy tego uniknęli. To nie rodzice zapisali Maję na tenis, tylko trafili do niego za nią. Wcześniej nie interesowali się tenisem, sami nie grali, więc nie mieli wyobrażeń, uczyli się go razem z córką. Zawsze ją wspierali. Ważne było też to, że nie ponosili takich kosztów jak większość rodziców w kraju, a one są w tym sporcie bardzo duże. Dzięki Talentiadzie i potem sukcesom młodzieżowym, jakie Maja odnosiła, dyrekcja Centrum Sportu i Rekreacji w Dąbrowie Górniczej zapewniała jej nieodpłatnie dostęp do infrastruktury przez 12 lat, czyli cały okres pracy ze mną. Do tego dostawała stypendium, najpierw z miasta Dąbrowa Górnicza, potem też z klubu w Bielsku-Białej, który formalnie reprezentowała, z Polskiego Związku Tenisowego i z Ministerstwa Sportu. Oczywiście to nie oznaczało, że można było szastać pieniędzmi. Szukałem wymagających turniejów, ale blisko, nie jeździliśmy po całym świecie.
Po 12 latach przyszedł moment rozstania. Dlaczego?
Stało się to tak naturalnie, oboje czuliśmy, że ta współpraca od pierwszej klasy podstawówki wraz z maturą dobiega końca. Dla mnie kontynuowanie tego wiązało się z wyjazdami po całym świecie. Nie widziałem się w tej roli. Ustaliliśmy parę miesięcy wcześniej, że klub z Bielska szuka Mai trenera, i dalej trenowaliśmy. Był okres pandemiczny, hale były zamykane, biegaliśmy po lesie, a potem, po maturze, przekazałem pałeczkę dalej. Teraz po sześciu latach przyszedł duży sukces i jest mi wewnętrznie bardzo miło, że tę malutką cegiełkę do niego dołożyłem.
Czytaj więcej
Piękna bajka się nie kończy. Po dwóch godzinach walki w półfinale Roland Garros Maja Chwalińska pokonała Dianę Sznajder 7:6 (7-4), 6:4. W sobotnie...
Przed nami finał z Mirrą Andriejewą. Rozegra się bardziej w głowie czy aspekcie umiejętności i sił fizycznych?
Ważne jest to i to. Sport to przede wszystkim głowa, bo przy pełnych trybunach, kamerach, oczekiwaniach, ona musi sprostać zadaniu, ale bez umiejętności nie da sobie rady. Natomiast trzeba wziąć pod uwagę, że Maja będzie grała w finale dziesiąty mecz w turnieju, a przeciwniczka siódmy. Półfinał też grała bardziej wyczerpujący. Widzę, że jest w dobrej kondycji fizycznej i psychicznej, ale trzeba sobie zdawać sprawę, że tego paliwa może zabraknąć. Maja jednak zawsze lubiła spędzać wiele godzin na korcie, lubi i potrafi walczyć. Mówiąc potocznie, na pewno da z wątroby. Liczę na piękny mecz i zwycięstwo, ale jak by się nie skończyło, ona wygraną tego turnieju już jest. Pokazała się z bardzo dobrej strony, jest bardzo pozytywnie odbierana, w półfinale miała za sobą trybuny, co było bardzo miłe i na pewno ją mobilizuje. Dzięki temu regeneracja przebiega bardzo dobrze.
Nie myślał pan, żeby polecieć do Paryża na finał?
Nie, pewnie byłoby miło, ale jak mówiłem, ja lubię oglądać w zaciszu i przeżywać tak po swojemu.
Roland Garros nie okaże się jednorazowym sukcesem? Maja jest gotowa, żeby zadomowić się w światowej czołówce?
Tak, jestem o to spokojny. Nie chcę pompować balonika, ale przygotowywała się do tego przez te wszystkie lata i teraz udowadnia, że potrafi. Oczywiście jej rzeczywistość się po Paryżu zmieni, ale ona się w niej odnajdzie.