Trzy tygodnie w życiu sportowca potrafią zmienić naprawdę wiele. Przed startem Roland Garros liczyliśmy na odrodzenie Igi Świątek i marzyliśmy o tym, by zdobyła piąty tytuł w Paryżu.

Nikt jednak nie mógł spodziewać się, że tyle radości da nam inna Polka, a w finale będziemy trzymać kciuki za jej rówieśniczkę i przyjaciółkę Maję Chwalińską, pierwszą w erze open zawodniczkę, która dotarła z kwalifikacji aż do finału Roland Garros (w 2021 r. Emma Raducanu przebyła podobną drogę w US Open i triumfowała w Nowym Jorku).

Finał Roland Garros. Siła Andriejewej wygrała ze sprytem Chwalińskiej

Tenisowy świat dopiero ją poznaje i uczy się wymowy jej nazwiska. Dla zagranicznej widowni stała się zjawiskiem i odkryciem, dlatego strona WTA przypomniała przed sobotnim finałem jej pełną zakrętów karierę i przygotowała kompilację najlepszych zagrań, tytułując wideo „15 minut geniuszu”.

O tym finale w Paryżu marzyła od dziecka, o czym mogliśmy się przekonać z archiwalnych nagrań. Mimo rangi wydarzenia, wychodząc na najważniejszy mecz w życiu na jednym z największych stadionów na świecie, wyglądała na bardzo spokojną.

Trybuny, tak jak w półfinałowym spotkaniu z inną Rosjanką Dianą Sznajder, znów miała za sobą (z podziwem patrzyły na nią sławy tenisa i gwiazdy Hollywood, brawo bił jej nawet Brad Pitt). Przyjechało mnóstwo rodaków, w oczy rzucały się biało-czerwone flagi. To wszystko sprawiało, że mogła się poczuć jak w domu.

Ale dopingowała ją cała Polska: miliony przed telewizorami, w salach kinowych i w strefach kibica. I oczywiście rodzinna Dąbrowa Górnicza. Kciuki trzymało środowisko tenisowe i mistrzowie polskiego sportu: Kamil Stoch, Adam Małysz, Anita Włodarczyk, Robert Korzeniowski, Justyna Kowalczyk, Maja Włoszczowska, Bartosz Zmarzlik i wielu innych.

Przygotowanie mentalne to mocna strona Chwalińskiej, a o formę fizyczną zadbał Maciej Ryszczuk. Zmęczenie, choć na pierwszy rzut oka niewidoczne, musiało jednak mieć znaczenie. Wliczając kwalifikacje, to był jej dziesiąty mecz. Spędziła na korcie prawie 16 godzin, dwa razy więcej niż Andriejewa.

To, że czeka ją kolejna batalia, pokazał już pierwszy gem, który trwał aż siedem minut. Od przełamania zaczęła Rosjanka, ale potem popełniła kilka błędów i straciła swoje podanie. Podobny scenariusz oglądaliśmy w dwóch następnych gemach, a piątego – przy swoim podaniu – Polka wygrała już do zera i objęła prowadzenie 3:2.

– Baw się na korcie, graj swój magiczny tenis, realizuj założenie trenera – radził swojej byłej zawodniczce w rozmowie z „Rzeczpospolitą” Paweł Kałuża, jej pierwszy trener, z którym współpracowała przez 12 lat.

Czytaj więcej

Pierwszy trener Chwalińskiej Paweł Kałuża dla „Rz”: Liczę na piękny mecz i zwycięstwo Mai

Andriejewa, pierwsza finalistka Wielkiego Szlema w singlu (biorąc pod uwagę zarówno kobiety, jak i mężczyzn) urodzona po 2005 r., zabrała się jednak do odrabiania strat, wykorzystała swój serwis, a później przełamała Chwalińską i szła konsekwentnie za ciosem, realizując plan taktyczny. Jej siła zaczęła dominować nad sprytem Mai i wygrała 6:3.

Polka musiała jak najszybciej zapomnieć o końcówce pierwszego seta. To jednak Andriejewa kontynuowała marsz po triumf, wychodząc na prowadzenie 5:0. Maja zerwała się jeszcze do walki, wyrwała dwa gemy, próbowała wybić przeciwniczkę z rytmu, ale Rosjanka opanowała nerwy i została nową mistrzynią wielkoszlemową – najmłodszą w Paryżu od czasów Moniki Seles (1992) i trzecią najmłodszą w ogóle w XXI wieku (po Marii Szarapowej i wspomnianej Raducanu).

Maja Chwalińska w Wimbledonie z dziką kartą?

Chwalińska nie sięgnęła po trofeum, ale zyskała coś więcej. Przez te kilka tygodni pokochały ją miliony kibiców. Swoją postawą, skromnością, luzem i pracowitością urzekła nawet byłe gwiazdy tenisa. – To historia jak z Kopciuszka. Oglądanie jej na korcie to czysta przyjemność. Chciałam przypomnieć, że to ja na nią stawiałam – zaznaczała jeszcze przed finałem Venus Williams, siedmiokrotna triumfatorka turniejów wielkoszlemowych, czterokrotna mistrzyni olimpijska.

Ciepłych słów po meczu nie szczędziła jej także Andriejewa. – Jesteś trudną przeciwniczką. Nie chciałabym zagrać z tobą ponownie. No dobra, chciałabym, w kolejnych finałach. Życzę ci ich – mówiła z uśmiechem Rosjanka. – Szkoda, że nie zobaczyliście lepszego spotkania, ale Mirra była dla mnie po prostu za dobra, więc to jej wina – odpowiedziała Chwalińska, rozbawiając publiczność. – Jesteś tak młoda i utalentowana, że to aż irytujące – dodała.

Czytaj więcej

Joanna Sakowicz-Kostecka dla „Rz”: To dar, z którym urodziła się Maja Chwalińska

To było piękne sobotnie popołudnie. Paryż znów był biało-czerwony i choć na kolejną po Idze mistrzynię wielkoszlemową z Polski musimy jeszcze poczekać, mamy argumenty, by wierzyć, że ten dzień nadejdzie.

Teraz czas na Wimbledon. Turniej główny rusza już 29 czerwca (tytułu bronić będzie Świątek), ale nawet jeśli Chwalińska nie dostanie dzikiej karty i znów będzie musiała się przebijać przez kwalifikacje, na pewno dostarczy nam niezapomnianych emocji. – Jej rzeczywistość po Paryżu się zmieni, ale ona się w niej odnajdzie – przekonuje „Rz” Paweł Kałuża.