Dwa tygodnie temu chyba nikt nie powiedziałby, że Maja Chwalińska zagra w finale Roland Garros. Co się wydarzyło w Paryżu? 

Mam nadzieję, że Łukasz Kubot się nie obrazi, ale zacytuję jego zdanie z naszej prywatnej rozmowy. Łukasz wspominał, że czasami cały rok pracuje się na jeden turniej i w tym jednym turnieju wszystko się składa na wybuch formy. Nagle pokazujemy wszystko to, co potrafimy naprawdę i tak jest właśnie w przypadku Mai. Przed turniejem na kortach Rolanda Garrosa też była w wysokiej formie, wygrywając challengera w Oeiras. Nawet jednak wiedząc, że Maja dobrze gra, nikt nie mógł się spodziewać, że osiągnie tak wiele przy tak trudnym losowaniu.

Czytaj więcej

Prezes Polskiego Związku Tenisowego dla „Rz”: Maja od początku „miała papiery na granie”

Tym bardziej, że już w pierwszej rundzie trafiła na mistrzynię olimpijską Chinkę Qinwen Zheng.

Potem nie było łatwiej. Myślałam, że nie da rady przejść Elise Mertens, bo to zawodniczka, która zawsze gra solidnie i jest jedną z najbardziej niedocenianych w stawce. Tymczasem Belgijka była bezradna, zresztą jak wszystkie rywalki, które Maja pokonała. To jest niezwykłe, jak nasza tenisistka potrafi być w każdym miejscu na korcie. Przewiduje rozwój sytuacji na trzy uderzenia do przodu. Do tego trzeba dodać świetną formę fizyczną, którą pomógł zbudować Maciej Ryszczuk.

Przewidywania nauczyła się, grając od dziecka z większymi i silniejszymi przeciwniczkami?

To jest dar, z którym się urodziła, jak Agnieszka Radwańska. Jak zobaczyłam Maję w 2016 r., w turnieju Orange Bowl, to pomyślałam sobie, że dotychczas tylko Agnieszka Radwańska miała takie czucie gry i zdolność antycypacji. Może to wynika z warunków fizycznych, a może z tego, jak dana osoba bawi się piłką na korcie. Pamiętam, że gdy w 2014 r., organizowałam mistrzostwa Polski w Krakowie, to obie z Igą były bardzo skromne, nie roztaczały aury, która towarzyszy nieraz zdolnym dzieciakom, przeświadczenia, że są następczyniami legend. Po prostu wiedziały, że są dobre.

Czasami rywalizacja utrudnia przyjaźń, a Iga i Maja są chyba dobrymi koleżankami?

Zdarzają się przypadki, że dwie osoby z jednego rocznika rywalizują i nie ma między nimi przyjaźni, ale to są pojedyncze przykłady. Przeważnie jest tak, że dobre wyniki jednej osoby, napędzają i motywują tę drugą. W Polsce rocznik 2001 mamy bardzo mocny, ale dwie wielkoszlemowe finalistki, z czego jedna to już mistrzyni, to jest abstrakcja.

Pochodzę z Siedlec i kiedyś był tam do dyspozycji jeden kort.

Monika Schneider, z którą rywalizowałam, najpierw przeprowadziła się do Krakowa, a potem docelowo do Warszawy, żeby móc trenować. Kortów jest więcej, ale ciągle o wiele za mało. Był program budowy hal tenisowych, dofinansowanych przez Ministerstwo Sportu i Turystyki, ale można je policzyć na palcach dwóch rąk. W tych halach są niższe opłaty, ale to kropla w morzu potrzeb. Wystarczy pojechać do Czech czy na Słowację i w każdej mniejszej miejscowości jest czterokortowa hala. W Warszawie i Krakowie miejsc brakuje, hale są prywatne, a godzina gry kosztuje 200 zł. To jest nie do udźwignięcia dla przeciętnego polskiego rodzica. Jeśli tego nie rozwiążemy, to będziemy ciągle czekać na takie wystrzały talentów jak u Mai Chwalińskiej.

Nasza zawodniczka jest zakochana w tenisie. Ciągle ogląda jakieś mecze. To jej pomaga w czytaniu gry?

Nie da się być w czymś dobrym i tego nie kochać. Chyba tylko Andre Agassi mówił, że nienawidził tenisa, ale nie do końca mu wierzę, bo nie grałby do 36. roku życia. To kiedyś było bardzo długo. Widać, że w Mai jest pasja, z której rodzi się finezja, i tym zaczarowała Paryż.

Fizycznie wygląda świetnie, ale narzeka na mięsień przywodziciela. Jest się czego obawiać?

Gdyby nic jej nie bolało po takiej dawce meczów, to byłoby dziwne. Sposób poruszania się Mai, szybkie zmiany kierunku i utrzymanie balansu ciała poprawiła dzięki pracy Maćka Ryszczuka. Trzeba podkreślać to, że Iga zgodziła się na podzielenie się swoim trenerem, a nie każda zawodniczka potrafiłaby się na to zdobyć. Maciek wspiera Kasię Kawę, pracuje z lekkoatletami. Jest świetnym specjalistą, ale też pasjonatem. Interesuje się badaniami, dokształca się. Słucha tych, którzy mają wiedzę empiryczną. Bez życzliwości Igi nie byłoby tej współpracy i może sukcesu Mai. Dlatego dziwię się pytaniom, czy Iga pogratulowała Mai? Nie wszystko trzeba napisać w mediach społecznościowych.