Jaka jest pani ocena meczu z Rosjanką?
Anastazja Pawliuczenkowa zdecydowanie nie jest łatwą przeciwniczką, ale przynajmniej w drugim secie pokazałam, że mogę prowadzić z nią prawie równą grę. Szkoda, że nie do końca. Zabrakło mi cierpliwości i solidności.
Nerwy debiutantki miały znaczenie?
Bardzo mi zależało, bardzo. Przede wszystkim szkoda mi początku. Zaczęłam za nerwowo. Anastazja jest silniejsza fizycznie, prowadziła grę, a ja powinnam wytrwale starać się ją ruszyć, przeszkadzać. To też nie jest proste, zwłaszcza na początku, gdy rywalka jest wypoczęta.
Jest pani zła na siebie, czy bardziej pani żal, że olimpiada się tak szybko kończy?
Czuję jedno i drugie, w sumie jestem po prostu rozczarowana.
Mecz był krótki, czas spędzony w Rio też, co pozostanie w pani głowie po powrocie?
Pobyt w wiosce olimpijskiej to duże przeżycie, nie da się tego opisać, trzeba tu być, by wiedzieć jakie. Także liczba spotykanych znakomitych sportowców z całego świata robi ogromne wrażenie. To pozostanie w głowie. I w sercu.
Pani smutek olimpijski nie musi być ostateczny, może będzie pani walczyć w Tokio…
Zdecydowanie wierzę, że za cztery lata uda mi się jeszcze raz zagrać w igrzyskach. Może być tylko lepiej. Planuję grać co najmniej przez 6-7 lat, więc igrzyska w tym okresie się zmieszczą.
Kiedy pani wyjeżdża?
Zostanę chyba jeszcze jeden dzień. Popatrzę na mecze i będę organizować sobie wyjazd na turniej do Cincinnati.
— w Rio de Janeiro rozmawiał Krzysztof Rawa