Wybory szefa Ekstraklasy to operacja tajna. Nie wiadomo, jaki dokładnie był wynik głosowania rady, poza tym, że Rusko zebrał co najmniej cztery głosy, bo taka była wymagana większość. Nie wiadomo też, jakich miał rywali, bo informację, kto stanął do konkursu, również utajniono.

Z nieoficjalnych informacji wynika, że najpoważniejszym konkurentem Ruski był Bogusław Biszof, kiedyś specjalista od marketingu i PR w Telekomunikacji Polskiej, a potem w Kompanii Piwowarskiej. Konkurentem na tyle poważnym, że w ubiegłym tygodniu rada nadzorcza wstrzymała się z podjęciem decyzji, i odłożyła ją o kilka dni. – Rada dostała dodatkowe informacje i doszła do wniosku, że najlepszym prezesem będzie jednak Andrzej Rusko – mówi o wczorajszym głosowaniu na posiedzeniu w Bełchatowie Leszek Miklas z Legii Warszawa, jeden z siedmiu głosujących. Pozostali to przedstawiciele Zagłębia Lubin, GKS Bełchatów, Cracovii, Lecha, Odry Wodzisław i PZPN.

Rusko jest prezesem spółki ligowej od jej utworzenia w 2005 roku. Jego umowa z Ekstraklasą kończy się 28 listopada, następna kadencja będzie już trzyletnia. Prezes ma swoich przeciwników, najpotężniejszego w działaczach PZPN, którzy nie mogą mu wybaczyć, że został z nadania ministra Tomasza Lipca kuratorem związku. Rada nadzorcza uznała jednak, że lepiej wybrać to, co sprawdzone, poza tym najważniejsza próba dopiero przed szefem Ekstraklasy. Do końca roku ma być rozstrzygnięty przetarg na prawa telewizyjne, a następnie na sponsora ligi. Kontrola nad tym to był główny cel powołania ligowej spółki.

Przetarg telewizyjny ma się odbyć na zasadzie „złotego strzału” – oferty w zamkniętych kopertach, ligę będzie transmitował ten, kto da więcej – ale nie jest wykluczone, że to się zmieni. Kluby mają prawo nie uznać rozstrzygnięć, jeśli będą z nich niezadowolone.

Nie wiem, ile głosów dostałem, nie byłem też przeciwnikiem samego konkursu na prezesa. Po prostu uważam, że moment na to był nieszczęśliwy. Zrobiło się zamieszanie akurat w przededniu najważniejszych wydarzeń. W przyszłym tygodniu ogłosimy przetarg na prawa telewizyjne i w ciągu sześciu tygodni powinniśmy go zakończyć. Przetarg prowadzimy według zasady „złotego strzału”, ale jeśli kluby nie będą zadowolone z uzyskanej kwoty, to zdecydujemy, co zrobić dalej. Możemy negocjować z telewizjami albo samodzielnie produkować sygnał. To byłoby wyzwanie, ale ja takich wyzwań się nie boję. Z wyprodukowaniem na pewno sobie poradzimy. Czy sprzedamy go na korzystniejszych zasadach, to już inna sprawa.