Półfinały ułożyły się pięknie dla Gianniego Infantino i organizatorów turnieju. Z problemami, ale jednak awansowały tam cztery najlepsze drużyny światowego rankingu. Niezależnie od tego, kto zagra w finale, gwarantuje zainteresowanie kibiców na całym świecie.

Zresztą, już półfinałowe starcia podgrzewają atmosferę, a zwłaszcza pojedynek Anglików z Argentyńczykami, gdzie podtekstów jest tyle, że raczej trzeba łagodzić nastroje, niż podnosić temperaturę. Wziął się za to selekcjoner mistrzów świata. Lionel Scaloni powiedział, że to będzie zwyczajne starcie piłkarskie, ale kibice wiedzą swoje. Policja w Atlancie wysyła na ulice dodatkowych funkcjonariuszy, bo chociaż o incydentach na razie nie słychać, to lepiej dmuchać na zimne. Historia pokazuje, że może być różnie.

Anglia – Argentyna. Kiedyś Messi przytłaczał, teraz podobno inspiruje

Pierwsze zatargi to jeszcze futbolowa prehistoria, droga Anglików po jedyne mistrzostwo świata w 1966 r. i mecz, po którym Argentyńczycy czuli się skrzywdzeni.

Niemiecki sędzia wyrzucił z boiska Antonio Rattina, nie do końca wiadomo, dlaczego. Najprawdopodobniej za to, że kapitan zbyt mocno gestykulował, a nie za to, że coś powiedział po hiszpańsku do arbitra Rudolfa Kreitleina, który sam przyznawał, że niczego nie zrozumiał. Zrobiła się spora awantura, a po wygranym 1:0 meczu Alf Ramsey zabronił Anglikom wymieniania się koszulkami i nazwał Argentyńczyków „zwierzętami”.

Mało? 20 lat później w Meksyku było jeszcze goręcej. W powietrzu ciągle wisiała wojna o Falklandy, którą Argentyńczycy przegrali, więc wzięli rewanż na boisku. Zrobił to Diego Maradona, który najpierw strzelił gola ręką (opowiadał później, że to ręka Boga), a następnie upokorzył całą angielską obronę i bramkarza Petera Shiltona, mijając wszystkich jak tyczki. Argentyna wygrała 2:1 w drodze po tytuł.

Czytaj więcej

Diego Maradona. Panował tylko nad piłką

Minęło kolejnych 12 lat i znów były nerwy. Tym razem w roli czarnych charakterów wystąpili Diego Simeone i David Beckham. Pierwszy ostro faulował, a drugi podciął rywala, leżąc na ziemi i dostał czerwoną kartkę. Anglicy odpadli (po rzutach karnych), chociaż Michael Owen strzelił gola prawie tak ładnego jak kiedyś Maradona. W Anglii Beckham stał się wrogiem publicznym, a następnie czekał cztery lata, żeby wziąć rewanż. Udało mu się to na następnym mundialu w Korei i Japonii (2002). Strzelił Argentyńczykom gola z rzutu karnego, Anglicy zwyciężyli 1:0, a rywale prowadzeni przez Marcelo Bielsę pożegnali się z turniejem już w fazie grupowej.

Ostatni raz Anglia i Argentyna zagrały towarzysko w 2005 r. w Szwajcarii i tutaj lepsi okazali się Anglicy (3:2). Od tego czasu obie reprezentacje nie wpadały na siebie na turniejach, nie umawiały się także na sparingi, więc Leo Messi nie miał okazji, żeby zmierzyć się z odwiecznym rywalem.

Pokonanie Anglików to dla niego ostatni krok do tego, żeby prześcignąć legendę Maradony. Wszystkie inne osiągnięcia już wyrównał albo pobił. Jest mistrzem świata, mistrzem Ameryki Południowej, rozegrał dla reprezentacji więcej meczów i zdobył o wiele więcej bramek. Jeśli jeszcze poprowadziłby mistrzów świata do kolejnego finału, to zwolennicy Maradony straciliby chyba ostatnie argumenty.

Tylko czy Argentyna, która w tym mundialu gra przeciętnie i męczy się z każdym przeciwnikiem, da radę pokonać rywala ze światowej czołówki? Messi przez wiele lat był krytykowany za to, że lepiej grał w Barcelonie niż w drużynie narodowej. Od pewnego czasu to się zmieniło, na tym turnieju ma już osiem goli, ale potrzebuje wsparcia kolegów.

Czytaj więcej

Argentyna znów igrała z losem. Ale powtórka finału z Kataru nadal możliwa

Kiedyś Messi ich przytłaczał, teraz podobno inspiruje, ale w mistrzostwach świata na razie to kapitan ciągnął zespół niemal w pojedynkę. To on strzelił pierwszych pięć goli dla Argentyny, w 1/8 finału przeciwko Egiptowi co prawda nie wykorzystał rzutu karnego, ale potem asystował przy pierwszej bramce i sam zdobył drugą. Dopiero w ostatnim meczu odblokowali się Lautaro Martinez i Julian Alvarez, a Argentyńczycy poradzili sobie bez trafień swojego najlepszego piłkarza.

Mistrzowie świata przez to mają już za sobą dwie dogrywki – z Wyspami Zielonego Przylądka i Szwajcarią – a w tak długim turnieju, po wyczerpującym sezonie, przy takich temperaturach i wilgotności, każda rozegrana minuta ma znaczenie.

Tuchel krytykuje angielskich piłkarzy, Bellingham odpowiada

Wiedzą coś o tym Anglicy, którzy też potrafią męczyć siebie i kibiców, ale tylko raz musieli grać dodatkowe 30 minut, w ostatnim meczu z Norwegią. To ich mogło solidnie wyczerpać, bo w Miami żar lał się z nieba i panowała duchota, a kilka dni wcześniej grali w Mexico City, gdzie warunki były podobne.

Thomas Tuchel musi mądrze zarządzać składem, bo wielu jego piłkarzy ma za sobą bardzo wymagający sezon. Aż sześciu piłkarzy (czterech z Arsenalu i dwóch z Aston Villi) grało w finałach europejskich pucharów i na zgrupowanie przyjechali praktycznie bez odpoczynku. Nic dziwnego, że Bukayo Saka i Noni Madueke (obaj z Arsenalu) nie prezentują wysokiej formy.

Czytaj więcej

Afera kablowa na mundialu. Norwegowie czują się oszukani, FIFA: nie ma dowodów

Ten drugi wyszedł w podstawowym składzie w ćwierćfinale z Norwegią chyba tylko dlatego, że jeszcze mniej sił ma jego kolega. W trakcie meczu niedokładnie przyjmował piłkę albo tracił ją w pojedynkach z rywalami i nie stwarzał żadnego zagrożenia. Nic dziwnego, że opuścił murawę w przerwie.

W tym spotkaniu Anglicy prezentowali się słabo, zwyciężyli bardziej dzięki sile woli i umiejętnościom Jude’a Bellinghama niż organizacji gry. Po ostatnim gwizdku krytykował ich Tuchel, a ostro odpowiedział mu Bellingham, który stwierdził, że może selekcjoner nie wie, jak trudno gra się w takich warunkach przeciwko tak dobrym piłkarzom jak Erling Haaland, Martin Odegaard, Antonio Nusa czy Alexander Sorloth.

Czytaj więcej

Mundial 2026. Pięć największych sędziowskich kontrowersji

To była mocna szpila wbita niemieckiemu selekcjonerowi, który karierę zakończył w wieku 25 lat z powodu kłopotów z kolanem i nigdy nie występował nawet w 1. Bundeslidze. Ciekawe, czy to sygnał o poważnym konflikcie między Tuchelem a Bellinghamem, czy tylko efekt zmęczenia trudnym meczem. A może to psychologiczne sztuczki trenera, który wie, jak pobudzić swojego piłkarza do jeszcze lepszej gry?

Bellingham turniej zaczął przeciętnie, nie błyszczał wtedy, kiedy Anglia miała kłopoty jak w starciu z Ghaną (0:0) i Demokratyczną Republiką Konga (2:1). W tym drugim meczu to Kane uratował reprezentację dwoma golami. Teraz jednak liderem stał się pomocnik Realu Madryt, choć w Anglii nie brakowało głosów, że nie ma sensu zabierać go na mundial, bo w Hiszpanii się nie wyróżniał. Bellingham już przeszedł do historii, bo jako pierwszy piłkarz od czasów Maradony trafiał dwukrotnie w dwóch kolejnych meczach fazy pucharowej mundialu.

Kane, który jest starszy od Bellinghama o dziesięć lat, starał się łagodzić sytuację. Przyznawał rację Tuchelowi, usprawiedliwiał kolegę i zasugerował, że to szukanie dziury w całym. Nikomu w angielskiej kadrze nie są teraz potrzebne podziały, a dla każdego starczy czasu, żeby zostać bohaterem. Dla kapitana, który przez wiele lat miał opinię zawodnika, który nie wygrywa trofeów, najważniejsze jest, by Anglia wreszcie przywiozła do domu puchar. Zostały jej jeszcze dwa kroki.

MUNDIAL W TELEWIZJI
Półfinał

Anglia – Argentyna (21.00, TVP 1, TVP Sport)