Kiedy Maroko awansowało do ćwierćfinału, piłkarze nie rozwinęli wcale flagi swojego kraju. Świat obiegło zdjęcie, na którym prezentują z dumą flagę Palestyny. To dziś 33. uczestnik mundialu.

Palestyńskie barwy widzieliśmy już wcześniej, po meczach fazy grupowej paradowali z nimi Marokańczycy Abdelhamid Sabiri czy Jawad El Yamiq. Dali się porwać emocjom, choć ich kraj porządkuje relacje z Izraelem.

Czytaj więcej

Argentyna złamała Chorwację. Leo Messi zagra o złoto

Palestyńczyków mieszka w Katarze 200–250 tys. Trudno się dziwić, skoro kraj ten jest ambasadorem ich sprawy na arenie międzynarodowej. Souq Wakif, spacerowa część dzielnicy Msheireb, i deptak Corniche stały się w ostatnich dniach sercem świata muzułmańskiego, a wszechobecne barwy Palestyny pokazują, jak żywa jej sprawa pozostaje w arabskiej społeczności.

Jeszcze w fazie grupowej, podczas meczu Tunezja – Francja, kibic z flagą Palestyny wbiegł na boisko i przerwał mecz. Widzieliśmy transparenty, słyszeliśmy śpiewy.

Izraelczycy niemile widziani

Geopolityczną mapę turnieju komplikuje fakt, że w Katarze są także Izraelczycy. Gospodarze mundialu kilka tygodni przed rozpoczęciem imprezy pozwolili na bezpośrednie loty z Tel Awiwu do Dauhy, więc choć nie ma na mistrzostwach piłkarzy Izraela, to są tamtejsi dyplomaci oraz dziennikarze.

Praca tych ostatnich nie jest łatwa, miejscowi fani odmawiają wywiadów. Raz Shechnik z „Yediot Ahoronoth” uznał, że poda się za Ekwadorczyka. Wkrótce został zdemaskowany, a wideo, na którym wdaje się w wymianę zdań dotyczącą relacji izraelsko-palestyńskich, obiegło internet. Przestał być anonimowy i później wielokrotnie słyszał od kibiców, że nie jest w Katarze mile widziany.

– Kompletnie zmieniłem moje zdanie na temat tego kraju. Nie jesteśmy dla tutejszych mieszkańców ludźmi, oni chcieliby nas wymazać z mapy – przekonuje Shechnik w rozmowie z „New York Timesem”.

Kibice odmawiali także innym izraelskim dziennikarzom. Zdarzało się, że zakłócali transmisje, krzycząc: „Wolna Palestyna”. – Może co dziesiąty arabski kibic zgadzał się na rozmowę przed kamerą, wiedząc, skąd pochodzę. Zazwyczaj po prostu odwracali się plecami. Tylko niektórzy wdawali się w dysputę – mówi francuskiemu dziennikowi „Le Monde” korespondent izraelskiej telewizji Moav Vardi.

Być może takie zachowania to incydenty, bo większość z blisko 60 pracowników izraelskich mediów nie czuje się podczas mundialu źle, podobnie jak ok. 4 tys. izraelskich kibiców, którzy kupili bilety, choć na mistrzostwa nie awansowała ich drużyna.

Palestynę za państwo uznaje 138 ze 193 członków ONZ (jest państwem-obserwatorem w tej organizacji). Palestyna jest też członkiem UNESCO oraz Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego (MKOl), choć jej terytorium od lat jest przedmiotem sporu z Izraelem.

Tylko w tym roku – według BBC – zginęło przez to 140 Palestyńczyków i 30 Izraelczyków. Katarskie media, relacjonując wydarzenia z Jerozolimy, piszą o „izraelskich siłach okupacyjnych”.

Wiedzieliśmy, że to będzie mundial inny niż wszystkie, gdyż największy piłkarski turniej pierwszy raz zawitał do świata arabskiego. Zagrożeń wypatrywaliśmy z różnych stron. Jedni obawiali się reglamentującego wolność emira, inni nacjonalizmu lub wręcz przeciwnie – obojętności gospodarzy. Turniej w Katarze okazał się jednak przede wszystkim świętem futbolu bez granic.

Wiara w kapitał bez ojczyzny

Miejsce w fazie pucharowej po raz pierwszy wywalczyły reprezentacje z sześciu kontynentów, a półfinału sięgnęło Maroko, które jednoczy pod swoją flagą obywateli świata, skoro 14 z 26 reprezentantów urodziło się poza krajem.

Impreza w Katarze jest inkluzywna także poza stadionem. Widzieliśmy miejscowych fanów wystrojonych w koszulki Neymara oraz hinduskich i lankijskich robotników ściskających kciuki za Leo Messiego, a obecnie na trybunach i ulicach dominują barwy Palestyny oraz Maroka, którego sukcesy jednoczą świat arabski oraz większość Afryki – niecałej, od lat trwa przecież spór o Saharę Zachodnią.

Globalna Północ miesza się z globalnym Południem, a Wschód z Zachodem. Realności nabierają frazesy Gianniego Infantino o futbolu jednoczącym ludzi, choć wiemy przecież, że w ustach szefa FIFA za sloganami kryje się raczej wiara nie w kibica, tylko kapitał pozbawiony narodowości.

Flagi z hasłami „Wolna Palestyna” to oczywiście także dowód, jak wybiórczo gospodarze mundialu podchodzą do zapraszania polityki na stadiony. Jeszcze niedawno ochroniarze zabierali przecież kibicom tęczową odzież i koszulki z hasłami wspierającymi rewolucję w Iranie. Światowa federacja, pod rękę z gospodarzami, wprowadziła na mistrzostwa świata podwójne standardy.

Piłka i polityka

Przeżywamy mundial, gdzie przyjemność miesza się z polityką. Piłka jest kopana z każdej strony. Prawdopodobnie tak politycznego turnieju – zarówno ze względu na jego gospodarza, jak i samych uczestników – jeszcze w dziejach mistrzostw świata nie było.

Doświadczyli tego chociażby reprezentanci USA podczas konferencji przed meczem z Iranem. Prawa do zadania pytania nie dostała żadna kobieta, a spośród 20 zadanych blisko połowa nie miała związku z futbolem. Zadbali o to Irańczycy, choć pół godziny wcześniej zgotowali prowadzącemu ich drużynę Carlosowi Queirozowi owację, gdy wyjaśniał, że najważniejsza jest piłka, a nie polityka.

Amerykański piłkarz Tyler Adams usłyszał, że źle wymawia nazwę Iran, i poproszono go, by wyjaśnił, jak czuje się czarnoskóry zawodnik reprezentujący kraj rasistów. Trener ekipy USA Greg Berhalter przekonywał zaś, że nie zna się na polityce, gdy zapytano go o różnice między irańskim oraz amerykańskim paszportem.

Usłyszeliśmy, że antyrządowe rozruchy w Iranie nie różnią się niczym od protestów francuskich „żółtych kamizelek” czy ataku zwolenników Donalda Trumpa na Kapitol, bo w każdym kraju istnieje opozycja, a ta sprzeciwiająca się władzy ajatollahów jest tylko głośną mniejszością.

Tani frazes

Tęsknotę za reprezentacją toczącej wojnę w Ukrainie Rosji wyrażali w Katarze serbscy kibice, chorwacki obrońca Dejan Lovren oraz urodzony i wychowany w Moskwie Kameruńczyk Gael Ondoua. Kibice Chorwacji wytykali zaś z trybun serbskie pochodzenie bramkarzowi Kanadyjczyków.

FIFA wystraszyła angielskich piłkarzy kary dla Harry’ego Kane’a za założenie tęczowej kapitańskiej opaski z napisem „One Love”, a zawodnicy z Iranu przemilczeli swój hymn jako wyraz sprzeciwu wobec teokratycznego reżimu krwawo pacyfikującego antyrządowe protesty. Kilka dni później już hymn wymruczeli, bo dostali pogróżki – nie chcieli ryzykować zdrowia i życia swoich rodzin.

Zmieniają się akcenty, ale mundial w Katarze to kolejny dowód, że próby oddzielania sportu od polityki to tylko tani frazes.