Tour de France: Eksplozja duńskiego dynamitu

Wielką Pętlę drugi rok z rzędu wygrał Jonas Vingegaard. Jego sukces rodzi wiele pytań, na które sportowy świat długo będzie szukał odpowiedzi.

Publikacja: 24.07.2023 03:00

Jonas Vingegaard zdominował tegoroczną Wielką Pętlę

Jonas Vingegaard zdominował tegoroczną Wielką Pętlę

Foto: AFP

Wyścig rozstrzygnął się w ciągu dwóch dni ostatniego tygodnia rywalizacji. Vingegaard był liderem, ale jego przewaga nad Tadejem Pogacarem wynosiła 10 sekund i wielu szanse Słoweńca oceniło wyżej. Sam o to zadbał.

Pogacar zamieszczał w mediach społecznościowych posty, z których wynikało, że jest raczej na wakacjach, a nie na najbardziej wymagającym mentalnie i fizycznie wyścigu w kalendarzu. Biła z niego pewność siebie, wzmocniona poprzednimi triumfami w Tour de France (2020, 2021) oraz zwycięstwem na tegorocznym szóstym etapie.

Czytaj więcej

Michał Kwiatkowski wygrał etap Tour de France. Polak ukradł Francuzom święto

Panowie przez dwa tygodnie jechali łokieć w łokieć, koło w koło, ale kiedy przyszło do najważniejszego sprawdzianu, okazało się, że bardziej niż dobre samopoczucie oraz dawne laury liczy się opanowanie i nieprawdopodobna wprost moc nóg Vingegaarda.

Duński dynamit, niczym piłkarska reprezentacja Danii z 1992 roku, najpierw eksplodował podczas jedynego w tym roku etapu jazdy indywidualnej na czas. Vingegaard wyprzedził Pogacara o minutę i 38 sekund.

Zdziwieni byli nawet organizatorzy. Przewidywali przecież, że na 22-kilometrowym górzystym odcinku w najbardziej optymistycznej wersji zwycięzca dotrze na metę ze średnią prędkością 37 km/h. Duńczyk osiągnął tymczasem tempo 41,4 km/h. – Myślałem, że popsuł się mój miernik mocy – mówił równie zaskoczony Vingegaard. „Z innej planety” – ogłosiła kolejnego dnia z okładki „L’Equipe”.

Czytaj więcej

Zarobki kolarzy w tyle za bardziej popularnymi sportami

Wracają demony

Dzień później losy wyścigu dopełniły się na etapie z metą w stacji narciarskiej Courchevel. „Nie ma mnie. Umarłem” – powiedział do mikrofonu podczas podjazdu pod premię w Meribel Pogacar. Słoweniec przeżył dzień słabości zdeklasowany, Vingegaard wyprzedził go o ponad 6 minut.

Wyścig został rozstrzygnięty. W niedzielę na Polach Elizejskich na najwyższym stopniu podium drugi rok z rzędu stanął Vingegaard. Drugi był Pogacar ze stratą ponad 7 minut, a trzeci Brytyjczyk Adam Yates, 11 minut za Duńczykiem. To był wyścig jednego aktora.

Podobną przewagę zwycięzca Wielkiej Pętli miał ostatnio w 2014 roku. Włoch Vincenzo Nibali wyprzedził wówczas Francuza Jeana-Christophe’a Perauda o 7 minut i 37 sekund. Niemiec Jan Ullrich w 1997 roku był lepszy od Francuza Richarda Virenque’a o 9 minut i 9 sekund. Podobnie dominował też Lance Armstrong, ale Amerykanina nie ma już na liście zwycięzców. Został z niej wykreślony.

Skojarzenia Vingegaarda z Armstrongiem nasuwają się same. Kiedyś „L’Equipe” po jednym ze zwycięstw Teksańczyka przygotowała podobną okładkę jak teraz po wygranej przez Duńczyka „czasówce”.

Media w każdym kraju, gdzie kolarstwo cokolwiek znaczy, zastanawiają się, jak to możliwe, że w tak konkurencyjnym sporcie, przy wyrównanych budżetach i podobnych metodach treningowych, jeden kolarz poleciał na inną planetę. To daje do myślenia i rodzi pytania, czy nie wracają do peletonu stare dopingowe demony. Odpowiadali na nie wielokrotnie sami kolarze.

– Nie wziąłbym niczego, czego nie dałbym własnej córce. Rozumiem wątpliwości przez to, co działo się w naszym sporcie w przeszłości. To nawet dobrze, że jesteśmy sceptyczni, co daje szansę na uniknięcie podobnych sytuacji – mówi Vingegaard. – Mogę zapewnić, że nic nie biorę – dodaje Pogacar.

Menedżerowie drużyn tłumaczą te wyniki postępem technologicznym. Lepsze są metody treningowe, dietetyka, dbałość o sen i regenerację czy jakość sprzętu – nie tylko rowerów, ale także hamulców, strojów, butów.

Nie wolno go skreślać

Michał Szyszkowski, masażysta grupy Jumbo-Visma, gdzie jeździ Vingegaard, po zwycięstwie etapowym Duńczyka wyjaśnił, w czym tkwi sekret triumfu. „Trzy razy w tygodniu na kozie, specjalny rower i sprzęt dobrany do trasy, trzy razy recon (analiza trasy) z testami, każdy zakręt opracowany, siedem miesięcy przygotowań” – napisał.

Odpowiedzią na podejrzenia zdaniem wielu jest więc profesjonalizm kolarzy, trenerów, lekarzy, ekip. Podobnie tłumaczyć się musiał niedawno szef grupy Sky, a dziś Ineos Dave Brailsford po seryjnych triumfach Christophera Froome’a. Brytyjczykowi nic złego nigdy nie udowodniono.

Ineos, które przegrało w tym roku wyścig, jest stawiane za wzór profesjonalizmu i nowoczesnego podejścia do treningu. Za przykład często daje się Michała Kwiatkowskiego. 33-latek odniósł w tegorocznym Tour de France drugie w karierze zwycięstwo na Wielkiej Pętli – efektowne i piękne, po samotnej ucieczce na Grand Colombier. Mistrz świata z 2014 roku potwierdził, że nie wolno go skreślać.

Ciekawe, czy to on pojedzie jako jedyny reprezentant Polski na mistrzostwa świata do Glasgow (5–13 sierpnia). Udowodnił, że na powołanie zasłużył.

Wyścig rozstrzygnął się w ciągu dwóch dni ostatniego tygodnia rywalizacji. Vingegaard był liderem, ale jego przewaga nad Tadejem Pogacarem wynosiła 10 sekund i wielu szanse Słoweńca oceniło wyżej. Sam o to zadbał.

Pogacar zamieszczał w mediach społecznościowych posty, z których wynikało, że jest raczej na wakacjach, a nie na najbardziej wymagającym mentalnie i fizycznie wyścigu w kalendarzu. Biła z niego pewność siebie, wzmocniona poprzednimi triumfami w Tour de France (2020, 2021) oraz zwycięstwem na tegorocznym szóstym etapie.

Pozostało 89% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Inne sporty
Tadej Pogacar dziękuje Rafałowi Majce. Słoweniec coraz bliżej zwycięstwa w Giro d'Italia
Inne sporty
Rośnie kadra reprezentacji Polski na igrzyska w Paryżu. Cztery szanse na medale
kajakarstwo
Polacy już błyszczą w Lublanie. Klaudia Zwolińska wicemistrzynią Europy
Inne sporty
Startują mistrzostwa Europy. Polacy liczą na medale
szachy
Garri Kasparow o dzisiejszej Rosji. "Puste deklaracje wzmacniają Putina"