Wyścig rozstrzygnął się w ciągu dwóch dni ostatniego tygodnia rywalizacji. Vingegaard był liderem, ale jego przewaga nad Tadejem Pogacarem wynosiła 10 sekund i wielu szanse Słoweńca oceniło wyżej. Sam o to zadbał.

Pogacar zamieszczał w mediach społecznościowych posty, z których wynikało, że jest raczej na wakacjach, a nie na najbardziej wymagającym mentalnie i fizycznie wyścigu w kalendarzu. Biła z niego pewność siebie, wzmocniona poprzednimi triumfami w Tour de France (2020, 2021) oraz zwycięstwem na tegorocznym szóstym etapie.

Czytaj więcej

Michał Kwiatkowski wygrał etap Tour de France. Polak ukradł Francuzom święto

Panowie przez dwa tygodnie jechali łokieć w łokieć, koło w koło, ale kiedy przyszło do najważniejszego sprawdzianu, okazało się, że bardziej niż dobre samopoczucie oraz dawne laury liczy się opanowanie i nieprawdopodobna wprost moc nóg Vingegaarda.

Duński dynamit, niczym piłkarska reprezentacja Danii z 1992 roku, najpierw eksplodował podczas jedynego w tym roku etapu jazdy indywidualnej na czas. Vingegaard wyprzedził Pogacara o minutę i 38 sekund.

Zdziwieni byli nawet organizatorzy. Przewidywali przecież, że na 22-kilometrowym górzystym odcinku w najbardziej optymistycznej wersji zwycięzca dotrze na metę ze średnią prędkością 37 km/h. Duńczyk osiągnął tymczasem tempo 41,4 km/h. – Myślałem, że popsuł się mój miernik mocy – mówił równie zaskoczony Vingegaard. „Z innej planety” – ogłosiła kolejnego dnia z okładki „L’Equipe”.

Czytaj więcej

Zarobki kolarzy w tyle za bardziej popularnymi sportami

Wracają demony

Dzień później losy wyścigu dopełniły się na etapie z metą w stacji narciarskiej Courchevel. „Nie ma mnie. Umarłem” – powiedział do mikrofonu podczas podjazdu pod premię w Meribel Pogacar. Słoweniec przeżył dzień słabości zdeklasowany, Vingegaard wyprzedził go o ponad 6 minut.

Wyścig został rozstrzygnięty. W niedzielę na Polach Elizejskich na najwyższym stopniu podium drugi rok z rzędu stanął Vingegaard. Drugi był Pogacar ze stratą ponad 7 minut, a trzeci Brytyjczyk Adam Yates, 11 minut za Duńczykiem. To był wyścig jednego aktora.

Podobną przewagę zwycięzca Wielkiej Pętli miał ostatnio w 2014 roku. Włoch Vincenzo Nibali wyprzedził wówczas Francuza Jeana-Christophe’a Perauda o 7 minut i 37 sekund. Niemiec Jan Ullrich w 1997 roku był lepszy od Francuza Richarda Virenque’a o 9 minut i 9 sekund. Podobnie dominował też Lance Armstrong, ale Amerykanina nie ma już na liście zwycięzców. Został z niej wykreślony.

Skojarzenia Vingegaarda z Armstrongiem nasuwają się same. Kiedyś „L’Equipe” po jednym ze zwycięstw Teksańczyka przygotowała podobną okładkę jak teraz po wygranej przez Duńczyka „czasówce”.

Media w każdym kraju, gdzie kolarstwo cokolwiek znaczy, zastanawiają się, jak to możliwe, że w tak konkurencyjnym sporcie, przy wyrównanych budżetach i podobnych metodach treningowych, jeden kolarz poleciał na inną planetę. To daje do myślenia i rodzi pytania, czy nie wracają do peletonu stare dopingowe demony. Odpowiadali na nie wielokrotnie sami kolarze.

– Nie wziąłbym niczego, czego nie dałbym własnej córce. Rozumiem wątpliwości przez to, co działo się w naszym sporcie w przeszłości. To nawet dobrze, że jesteśmy sceptyczni, co daje szansę na uniknięcie podobnych sytuacji – mówi Vingegaard. – Mogę zapewnić, że nic nie biorę – dodaje Pogacar.

Menedżerowie drużyn tłumaczą te wyniki postępem technologicznym. Lepsze są metody treningowe, dietetyka, dbałość o sen i regenerację czy jakość sprzętu – nie tylko rowerów, ale także hamulców, strojów, butów.

Nie wolno go skreślać

Michał Szyszkowski, masażysta grupy Jumbo-Visma, gdzie jeździ Vingegaard, po zwycięstwie etapowym Duńczyka wyjaśnił, w czym tkwi sekret triumfu. „Trzy razy w tygodniu na kozie, specjalny rower i sprzęt dobrany do trasy, trzy razy recon (analiza trasy) z testami, każdy zakręt opracowany, siedem miesięcy przygotowań” – napisał.

Odpowiedzią na podejrzenia zdaniem wielu jest więc profesjonalizm kolarzy, trenerów, lekarzy, ekip. Podobnie tłumaczyć się musiał niedawno szef grupy Sky, a dziś Ineos Dave Brailsford po seryjnych triumfach Christophera Froome’a. Brytyjczykowi nic złego nigdy nie udowodniono.

Ineos, które przegrało w tym roku wyścig, jest stawiane za wzór profesjonalizmu i nowoczesnego podejścia do treningu. Za przykład często daje się Michała Kwiatkowskiego. 33-latek odniósł w tegorocznym Tour de France drugie w karierze zwycięstwo na Wielkiej Pętli – efektowne i piękne, po samotnej ucieczce na Grand Colombier. Mistrz świata z 2014 roku potwierdził, że nie wolno go skreślać.

Ciekawe, czy to on pojedzie jako jedyny reprezentant Polski na mistrzostwa świata do Glasgow (5–13 sierpnia). Udowodnił, że na powołanie zasłużył.