Reklama

Tour de France. Miłość i dystans na Wielkiej Pętli

Rusza kolejna edycja wyścigu Tour de France – tym razem z Bilbao. Nie ma chyba lepszego miejsca, aby pokazać, że kolarstwo jest sportem, który wciąż przyciąga tłumy.
Jonas Vingegaard potwierdził wysoką formę, wygrywając wyścig Critérium du Dauphiné

Jonas Vingegaard potwierdził wysoką formę, wygrywając wyścig Critérium du Dauphiné

Foto: Anne-Christine POUJOULAT / AFP

Organizatorzy Wielkiej Pętli doskonale wiedzą, jak jeszcze lepiej opakować i sprzedać największy oraz najbardziej prestiżowy wyścig świata.

Pomysłów im nie brakuje. Jeżeli już wyjeżdżają poza Francję, to do krajów i miast, gdzie kolarstwo się uwielbia i traktuje niemal jak religię. Rok temu Grand Départ (Wielki Start) odbył się w Kopenhadze, w 2019 była Bruksela, a wcześniej Düsseldorf (2017), Utrecht (2015) oraz Leeds (2014). Kolarzy nie tylko na starcie, ale też potem na trasie oklaskiwały tłumy.

Czytaj więcej

Giro d’Italia. Pogrążeni w chaosie

Szpaler w Pirenejach

Tak pewnie będzie i w sobotę w Bilbao oraz dzień później w San Sebastian, a potem także już w Pirenejach.

Kraj Basków, gdzie rozpocznie się tegoroczny wyścig, to wyjątkowo kolarski region. Wychował wielu mistrzów: Abrahama Olano, Josebę Belokiego, Iona Izaquirre czy Samuela Sancheza, by wspomnieć tylko o tych, którzy ścigali się niedawno.

Reklama
Reklama

Baskowie są tak zakochani w tym sporcie, że chcieli sobie nawet przywłaszczyć pochodzącego z Nawarry pięciokrotnego zwycięzcę Tour de France Miguela Induraina. Od 1994 do 2013 roku działała baskijska grupa kolarska Euskaltel-Euskadi. Odziani w pomarańczowe koszulki z flagami baskijskimi w dłoniach kibice na wąskich pirenejskich szlakach od zawsze tworzą szpaler, przez który muszą przeciskać się kolarze. Nie jest to bezpieczne, ale tworzy niepowtarzalną atmosferę wyścigu.

Czytaj więcej

Kolarstwo: Nadszedł czas kanibali

– Tour de France oraz Kraj Basków to historia pasji i wielkiej miłości – mówi Samuel Sanchez.

Hiszpański początek z pewnością będzie świetną dekoracją Wielkiej Pętli. Potem też nie będzie najgorzej. Kolarze przejadą przez pięć masywów górskich: Pireneje, Masyw Centralny, Jurę, Alpy i Wogezy. Do pokonania w drodze do Paryża jest 3405 km.

Będzie 30 – w ubiegłym roku 23 – podjazdów pod premie górskie kategorii drugiej, pierwszej i hors-categorie (poza kategorią). Zobaczymy tylko jedną, 22-kilometrową czasówkę – 18 lipca, na początku trzeciego tygodnia. Dzień później dojdzie do najtrudniejszego i pewnie najbardziej atrakcyjnego etapu z Saint-Gervais Mont-Blanc do Courchevel. Zaplanowano na trasie wyścigu osiem typowo górskich odcinków. Sporo.

Dwóch tenorów

Nie tylko scenografia jest ważna, ale przede wszystkim aktorzy. Na pierwszy plan wysuwają się 26-letni Duńczyk Jonas Vingegaard z Jumbo-Visma i dwa lata młodszy Słoweniec Tadej Pogacar z UAE Emirates. To oni wygrali trzy ostatnie edycje.

Reklama
Reklama

Tytułu broni Duńczyk, jest w świetnej formie. Na początku czerwca był pierwszy w Critérium du Dauphiné, czyli – jak mawiają kolarze – „najtrudniejszym jednotygodniowym wyścigu World Tour”. Wyprzedził tam w klasyfikacji generalnej drugiego Adama Yatesa (UAE Emirates) o dwie minuty i 23 sekundy. To przepaść, a w tym sezonie zwyciężył także w Wyścigu Dookoła Kraju Basków i o Gran Camino.

Pogacar, który pała żądzą rewanżu za ubiegłoroczną porażkę, miał silną nogę w pierwszej połowie sezonu. Zamieniał w złoto niemal każdy start – wygrał Wyścig Dookoła Andaluzji, Paryż – Nicea oraz słynne klasyki: Tour des Flandres, Amstel Gold Race oraz Strzałę Walońską, ale na Liege-Bastogne-Liege upadł i złamał nadgarstek.

Nie mógł normalnie trenować przez pięć tygodni, długo nie był w stanie nawet ćwiczyć na trenażerze. W Monako, gdzie mieszka, spacerował po górach, pływał, biegał po schodach. Przełom maja i czerwca spędził w Sierra Nevada, potem trenował w Alpach.

– Myślę, że będę gotowy na Tour, ale mój stan ducha jest zupełnie inny. Tym razem nie będę bronił tytułu, nie mam nic do stracenia – mówi „L’Equipe”. Presję ma czuć Vingegaard. Znajdzie się w takiej sytuacji po raz pierwszy.

Dmuchają na zimne

Słoweniec będzie miał do pomocy Rafała Majkę. Zwycięzca klasyfikacji górskiej Tour de France (2014, 2016) oraz trzech etapów tego wyścigu jest jednym z dwóch Polaków na liście startowej. Drugi to Michał Kwiatkowski z brytyjskiej grupy Ineos. Były mistrz świata został właśnie mistrzem Polski w jeździe na czas, ale ostatnie tygodnie to był dla niego trudny czas: chorował, miał kontuzje i upadki. Może karta w końcu się odwróci.

Szczęście będzie ważne, nie wszystko zależy od przygotowań. Pokazało to tegoroczne Giro d’Italia, gdzie przez koronawirusa kilku kolarzy – w tym faworyt Remco Evenepoel – musiało wycofać się z wyścigu.

Reklama
Reklama

Nauczeni tym doświadczeniem organizatorzy dmuchają na zimne. Tour de France jest bodaj jedyną wielką imprezą sportową, gdzie obowiązuje protokół sanitarny. Podobnie jak w poprzednich edycjach – tych z czasów pandemii – kolarze, członkowie ekip oraz dziennikarze będą musieli nosić maseczki i zachowywać dystans społeczny. Zawodnicy mają unikać rozdawania autografów i robienia selfie z kibicami. Dostęp fanów do strefy mety będzie ograniczony.

Niezależnie od tego podczas Wielkiej Pętli – nie tylko w Kraju Basków – dzięki kibicom można się spodziewać atmosfery wielkiej imprezy. To wciąż jest Tour de France.

Inne sporty
Super Bowl: Tryumf Seattle Seahawks
Materiał Promocyjny
Jak zostać franczyzobiorcą McDonald’s?
Materiał Promocyjny
OTOMOTO rewolucjonizuje dodawanie ogłoszeń
Inne sporty
Mistrzostwa świata w darcie. Luke Littler bezlitosny, półfinał nie dla Krzysztofa Ratajskiego
Wioślarstwo
Polskie wiosła na fali. Nasi medaliści wrócili z mistrzostw świata w Szanghaju
Inne sporty
Kolejny sukces Polaków w Himalajach. Andrzej Bargiel zjechał na nartach z Everestu
Promowane treści
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama