Oskar Kwiatkowski: Nie lubię kalkulować

Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że zostanę mistrzem świata, tobym mu nie uwierzył – mówi polski snowboardzista Oskar Kwiatkowski.

Publikacja: 28.02.2023 03:00

Oskar Kwiatkowski: Nie lubię kalkulować

Foto: EPA/ZURAB KURTSIKIDZE

Przeszło panu przez myśl, że może zostać mistrzem świata?

Nie nastawiałem się na taki scenariusz, choć wiedziałem, że jestem mocny. W końcu na początku roku wygrałem dwa Puchary Świata, więc jeśli pojechałbym bezbłędnie, to byłoby mnie stać na zwycięstwo. Nie czułem presji, raczej luz wynikający z tego, że jestem liderem slalomu giganta, więc w tym momencie byłem najlepszy.

Czytaj więcej

Oskar Kwiatkowski mistrzem, Aleksandra Król z brązem. Snowboardziści długo czekali, ale było warto

Pierwszy przejazd, jak sam pan mówił, nie był zbyt udany.

Przejechałem się na brzuchu, ale szczęśliwie wstałem i dotarłem do mety ze stratą 1,6 sekundy do rywala. Byłem siódmy. Pierwszą myślą było: zepsułem sobie mistrzostwa świata. Zaraz potem jednak wziąłem się w garść i postanowiłem jechać na maksimum możliwości. Trasa była trudna, dziurawa, wyboista. Większość rywali jechała zachowawczo, żeby się nie wywrócić. Ja tak nie umiem, zaryzykowałem i za chwilę awansowałem na drugie miejsce. Potem było już dobrze, aż do finału.

Lubi pan ryzyko także w życiu?

Na pewno nie lubię kalkulować, wolę dawać z siebie wszystko. W życiu też mi się tak zdarza, choć zaraz kończę 27 lat i staram się już uspokajać. Wolę się wyżyć podczas treningu na siłowni, na desce lub podczas biegania. Zaczyna mi to wychodzić.

To efekty pracy z psychologiem sportowym?

Nie pracuję z psychologiem i nie czuję, żebym go potrzebował. Mam dookoła siebie specjalistów od życia i strony mentalnej – trenerów, fizjoterapeutów, członków sztabu. Mają duże doświadczenie, a do tego jeszcze trenowali snowboard, więc znają ten sport od podszewki.

Do szkoły sportowej dostał się pan trochę przypadkiem, bo trener zobaczył pana na rowerze i przypomniał sobie, że zwolniło się miejsce. Myśli pan sobie czasem, że ten medal był panu pisany?

Myślę w ten sposób dość często, a im więcej sukcesów odnoszę, tym mocniej te myśli wracają. Zastanawiam się, co bym robił w życiu, gdybym minutę później wyjechał tamtego dnia na zakopiankę i trener Michał Sitarz by mnie nie zauważył. Urodziłem się do tego, żeby jeździć na desce.

Testy do Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Zakopanem pan jednak oblał. Nie przygotował się pan?

Nauczyciel wuefu z podstawówki po moim występie na igrzyskach olimpijskich w Pjongczangu powiedział, że nigdy nie przypuszczał, że zostanę sportowcem. Niczym się nie wyróżniałem, słabo biegałem, nie wciągały mnie gry zespołowe. Nie byłem za bardzo sprawny, więc przy grze w piłkę lądowałem na bramce. Wolałem sporty indywidualne, gdzie byłem zdany na siebie. Dzięki ojcu próbowałem wielu dyscyplin, jak hokej czy ju-jitsu, ale zawsze w końcu wypadałem z treningu, bo było dla mnie zbyt monotonnie. Na desce z kolei lubiłem jeździć, ale nigdy nie trenowałem i nie startowałem w zawodach, a to było jednym z kryteriów przyjęcia do szkoły. Kiedy trener Sitarz zadzwonił do taty, to najpierw umówiliśmy się na stoku, żeby popatrzeć, jak jeżdżę. Doradził też zapisanie się do klubu i wystartowanie w zawodach, żeby spełnić kryteria formalne. Później w szkole trafiłem na świetnych starszych kolegów, dzięki którym stawałem się lepszy.

Co zadecydowało, że doszedł pan aż tutaj?

Na początku było to zrządzenie losu, dodałem do niego moją pasję. Nikt mi nie pokazał jazdy na snowboardzie, nie starał się, żebym ją polubił. Sam prosiłem, żeby spróbować. Gdyby w wieku pięciu–sześciu lat ktoś mi powiedział, że zostanę mistrzem świata, tobym mu nie uwierzył.

Niewiele brakowało, a pana karierę zakończyłby wypadek samochodowy. Pęknięty był m.in. kręgosłup.

To wydarzyło się w 2016 roku. Byłem głupi, myślałem tylko o sporcie, a nie o konsekwencjach wypadku. Spędziłem sześć dni w szpitalu w Nowym Targu, potem przeniesiono mnie do Zakopanego. Po trzech dniach już prosiłem lekarzy, żeby mnie wypisali, bo mogę przecież leżeć w domu. Od razu wsiadłem na rower, za co mama mnie skrzyczała, bo to była zima i jeździłem po śniegu. Już po dwóch tygodniach od wypadku pojechałem na lekki trening snowboardowy. Chciałem wystartować w mistrzostwach świata juniorów, ale na to nie zgodził się ortopeda.

Po dobrych występach na igrzyskach w Pekinie chyba bardziej uwierzył w was Polski Związek Narciarski i wreszcie mocniej wsparł finansowo?

Tato pracuje jako bramkarz w dyskotekach i czasami mnie tam zabierał do pomocy. Dziś nie muszę kombinować i dorabiać, bo reprezentuję kraj jako żołnierz

Oskar Kwiatkowski

Nie trzeba było o to walczyć. Władze związku uznały, że jesteśmy już na takim poziomie, że trzeba poszerzyć nasz sztab. Dołączył do nas fizjoterapeuta Przemysław Buczyński, który był wcześniej w sztabie Maryny Gąsienicy-Daniel, a sam kiedyś uprawiał snowboard. Nasz główny trener Oskar Bom zyskał asystenta Izidora Sustericia. Wreszcie mamy też serwismena Tadeja Trdinę. Obaj pochodzą ze Słowenii, na zgrupowaniach mieszkają razem, na pewno jest im łatwiej. To pomaga nam logistycznie. Mają swojego busa, którym dojeżdżają ze Słowenii na zgrupowania i zawody. Dzięki temu serwismen przywozi nasze deski prosto z domu. My mamy mniej pakowania, po zawodach wrzucamy je do jego samochodu, a on może je nam dobrze przygotować.

Deski też chyba macie lepsze?

Od 2015 r. jeździłem na polskich deskach, ale ponieważ w ostatnich latach tylko ja ich używałem w Pucharze Świata, to producent za bardzo ich nie rozwijał. Dostawałem nowy sprzęt, ale co roku taki sam. Trener powiedział: zmieńmy coś. Wybrałem nowego producenta, a po drugim zwycięstwie w Pucharze Świata przedstawiciel producenta napisał, że jestem w ich pro teamie. Jako pierwszy będę próbować nowego sprzętu i będę go dostawać za darmo. Skorzystam nie tylko ja, ale też reszta kadry, która będzie mogła testować deski. Jeśli coś im się spodoba, to PZN będzie mógł to kupić.

Dzięki etatowi w wojsku łatwiej się utrzymać?

Od dwóch lat reprezentuję kraj jako żołnierz. To nie tylko dodatkowa pewność siebie. Nie muszę kombinować, dorabiać, pracować między zgrupowaniami. Wcześniej było ciężko, reperowałem na przykład szlaki w górach. Tato pracuje jako bramkarz w dyskotekach i czasami mnie tam zabierał do pomocy. Treningi na drugi dzień bywały ciężkie, bo zdarzało się, że spałem po dwie godziny, albo nawet krócej. Teraz dostaję pensję jako zawodnik Centralnego Wojskowego Zespołu Sportowego. Łatwiej jest planować przyszłość, myśleć o założeniu rodziny. Studiuję od kilku lat na krakowskiej AWF. Trochę się to przedłuża przez sport, ale licencjat już obroniłem.

Czytaj więcej

Piotr Żyła oszalał przed kamerą. „Jestem na skraju łez”

Nie słyszał pan w domu: synku, z tego snowboardu chleba nie będzie?

Tato siłuje się na rękę od bardzo dawna. Z tego też chleba nie ma, robi to z czystej pasji. Chciał, żebym ja też miał coś, co kocham robić i niekoniecznie na tym zarabiam. Rodzice niczego nie narzucali.

Siostra też się wciągnęła.

Jest o cztery lata młodsza. Teraz jest w tej sytuacji, w jakiej kilka lat temu byłem ja. Musi kombinować, niech na wszystko zapracuje. Kibicuję jej, żeby miała lepsze wyniki. Teraz była na swoich pierwszych MŚ i zajęła dobre, 21. miejsce.

Czytaj więcej

Kamila Walijewa jeszcze niewinna. Batalia się zaczyna

„Niech kombinuje” – starszy brat nie głaszcze siostry po głowie?

Nie ma stypendium, więc rodzice jej pomagają. Olimpia sama też się stara i latem dużo pracuje. Nie lubię prowadzić ludzi za rękę. Jak ktoś czegoś chce, to powinien na to zapracować. Siostra wie, że ją kocham, ale myślę, że sama nie chciałaby takiej pomocy.

Dużo osób jeździ na snowboardzie, ale w mediach rzadko się pisze o sukcesach.

Sporo osób trenuje obecnie w zakopiańskiej SMS. Im więcej sukcesów i rozgłosu będzie miał snowboard, tym lepsze warunki będą mieli młodzi. Może zostanę kiedyś trenerem, więc chciałbym mieć kogo szkolić. Kiedy mam trochę czasu, jadę pooglądać zawody młodzieżowe i porozmawiać z trenerami. Teraz mogę być dla kogoś inspiracją. W piątek zadzwonił do mnie Michał Sitarz i miałem za jego pośrednictwem wideorozmowę z młodymi zawodnikami. Widzą, że mieszkam i trenuję tam gdzie oni, więc też mają szansę osiągnąć sukces.

Przeszło panu przez myśl, że może zostać mistrzem świata?

Nie nastawiałem się na taki scenariusz, choć wiedziałem, że jestem mocny. W końcu na początku roku wygrałem dwa Puchary Świata, więc jeśli pojechałbym bezbłędnie, to byłoby mnie stać na zwycięstwo. Nie czułem presji, raczej luz wynikający z tego, że jestem liderem slalomu giganta, więc w tym momencie byłem najlepszy.

Pozostało 95% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Sporty zimowe
Joe Biden nagrodzi Polkę. Magdalena Łuczak i jej amerykański sen
Materiał Promocyjny
Jak wykorzystać potencjał elektromobilności
Sporty zimowe
Puchar Stanleya. Historyczny sukces Florida Panthers
Sporty zimowe
Koniec mistrzostw świata dla hokeistów z Polski. "Niedosyt, a nie rozczarowanie"
HOKEJ NA LODZIE
Dlaczego Polacy przegrali mistrzostwa świata i co dalej z reprezentacją?
Sporty zimowe
Mistrzostwa świata w hokeju na lodzie. Krystian Dziubiński: Złość w nas kipiała