Nazywanie tenisa drogim sportem to truizm. Nie jest dyscypliną demokratyczną, to raczej oligarchia, w której pieniądze są biletem do walki o sukces. Większe pozwalają tenisiście uzbroić się w sztab szkoleniowy i komfortowo podróżować po świecie. Mniejsze skazują aspirującego zawodnika na podróże po kraju w kamperze z ojcem lub wujkiem, który bawi się w trenera.
Pegula weszła do tej społeczności jako członkini kasty najbogatszych, co wyprostowało jej ścieżki tylko trochę. Wciąż musiała przebijać się do wielkiego tenisa poprzez małe turnieje, a awansu nie ułatwiały jej kontuzje. Rok temu męczyły ją urazy biodra oraz kolana, zastanawiała się nad zakończeniem kariery. Mogła się poddać, bo przecież nie musiała zarabiać, ale zacisnęła zęby. Dziś zdobywa szacunek, podczas Australian Open przechodziła samą siebie.
Jessikę dopiero w ćwierćfinale zatrzymała rodaczka Jennifer Brady, która w kolejnym meczu zmierzyła się z Czeszką Karoliną Muchovą. Obie także spisywały się w Australian Open powyżej oczekiwań, ale to tenisistki z czołowej „trzydziestki” rankingu WTA - pierwsza przed turniejem była dwudziesta czwarta, a druga dwudziesta siódma. Pegula dopiero teraz awansuje do „pięćdziesiątki”, dokładnie na czterdzieste trzecie miejsce. - Wszyscy w domu oglądali moje mecze i bardzo mocno kibicowali - mówiła Jessica dziennikarzom ESPN.