Przez prawie trzy sezony wyobraźnię kibiców, mediów, a tak generalnie płci brzydkiej rozpalała Marta Domachowska. Tenisistkę ze stolicy obdarowano w Polsce kredytem zaufania odwrotnie proporcjonalnym do skali uzyskiwanych przez nią rezultatów. To chyba zbyt długi czas oczekiwania na jakikolwiek tenisowy sukces sprawił, że przy dokonywaniu ocen pogubili właściwe miary i proporcje nawet eksperci.
Dwa lata temu na kortach Warszawianki doszło do zmiany wyobrażeń o układzie sił w naszym damskim tenisie. Zaczęła się oszałamiająca rankingowa wspinaczka Agnieszki Radwańskiej, zasygnalizowała swój potencjał jej młodsza siostra Urszula. Zachęcałem wtedy na tych łamach („Wespół w zespół”) do podjęcia współpracy na linii Warszawa – Kraków, do zwarcia treningowych szeregów. Raz jeszcze się okazało, że ochotę do współpracy to my mamy bardziej na pokaz niż do codziennego użytku. Młode damy powędrowały każda swoją drogą, a ich marszruty dopiero ostatnio znowu się skrzyżowały.
Dwa polskie nazwiska na starcie dużej imprezy tenisowej to jest naturalnie coś, co mile łechce naszą dumę. Ale dwa polskie nazwiska wpisane tuż obok siebie w drabince liczącego się turnieju to wciąż okazja, by podnosić niezdrową medialną wrzawę. Do pojedynku Radwańskiej z Domachowską w Sztokholmie w roku ubiegłym dorobiono sensacyjną wręcz ideologię. Ich poniedziałkowy mecz w Charleston też poprzedziły występy dyżurnych harcowników. I jak Marta z Agnieszką zagrają niebawem w turnieju Suzuki Warsaw Masters, to na forach dyskusyjnych, a pewnie i na łamach kilku wciąż tych samych gazet skoczą sobie najpierw do gardeł fani jednej i drugiej zawodniczki.
Obie zainteresowane wyraźnie podkreślają, że nie ma pomiędzy nimi stanu wojny, że wręcz lubią ze sobą przebywać, rozmawiać, a jak jest okazja, to i potrenować. Napięcie, potrzeba antagonizacji przychodzą z zewnątrz, a wytwarzają ten stan ludzie, którym duch tenisa jest generalnie obcy. W zawodowym sporcie pojedynki reprezentantów tego samego kraju są od dawna czymś codziennym, wielokrotnie są to spotkania o najwyższą stawkę i nikomu w Rosji, Stanach Zjednoczonych czy Francji nie przyjdzie do głowy, by wytaczać z tego powodu dziennikarskie czy kibicowskie armaty.
A jak już się bić, to najlepiej o to, by zamiast dwóch naszych pań pojawiły się niebawem w takim turnieju trzy, albo nawet i cztery.