W 1985 r. trzeba było wygrać z Albanią, żeby być w komfortowej sytuacji przed meczem z Belgią, a tymczasem pan dzień wcześniej grał w finale Pucharu Europy. Dzisiaj to nie do pomyślenia.

W 1985 r. nikt nie myślał o tym, żeby uzgadniać terminy, tworzyć jeden europejski kalendarz. Po losowaniu grup eliminacyjnych ludzie z PZPN i albańskiej federacji wymyślili, że mecz zagramy pod koniec maja. Chyba nikt nie pomyślał, jakie mogą być konsekwencje nałożenia się terminów, albo nie zakładał, że Juventus awansuje do wielkiego finału. Byłem jednak przygotowany, że jednego dnia będę miał mecz z Liverpoolem, a dzień później w Tiranie.

Czytaj więcej

Postraszyli nawet Włochów i Hiszpanów. Albania – rywal Polaków w barażach o mundial

Trzeba było prosić właścicieli klubu o samolot?

Już wcześniej zapowiedziałem im, że wybieram się na mecz reprezentacji. Byli przygotowani na taki obrót spraw, bo podobna historia zdarzyła się dwa lata wcześniej, przed spotkaniem Polski z ZSRR. Wtedy Juventus miał grać z Milanem i też w klubie nie chcieli, żebym jechał. Próbowali nawet straszyć: jeśli pojedziesz, a my wygramy, to nie wiadomo, czy wrócisz do składu. Odpowiedziałem: spokojnie, wrócę do składu. Przed Albanią właściciele Juventusu już wiedzieli, że nie mają wyjścia, tylko muszą mi załatwić przelot. Zabezpieczyli prywatny samolot, ale na tym kłopoty się nie skończyły. Kiedy byliśmy około 4.30 nad Tiraną, okazało się, że nie możemy lądować, bo lotnisko otwiera się za kilka godzin. Wróciliśmy do Bari, zjedliśmy z kapitanem i załogą śniadanie, i dopiero wtedy, kiedy przeczytałem gazety, zorientowałem się w rozmiarach tragedii na stadionie Heysel. Zaraz jednak trzeba było znów startować i kwadrans przed ósmą rano byłem w Tiranie.

Kiedy byliśmy około 4.30 nad Tiraną, okazało się, że nie możemy lądować, bo lotnisko otwiera się za kilka godzin

Zbigniew Boniek

Kilka godzin odpoczynku w hotelu i kolejny mecz. Jak pan dał radę?

Jeśli człowiek jest dobrze przygotowany fizycznie i mentalnie, a do tego dojdzie adrenalina, związana z meczem, to jest wykonalne. W hotelu położyłem się na chwilę do łóżka, żeby choć trochę odpocząć, a potem zagrałem 90 minut. Musieliśmy ten mecz wygrać, bo przy innym wyniku konieczne byłoby zwycięstwo w kończącym eliminacje spotkaniu z Belgią, a tak wystarczył nam remis na Stadionie Śląskim. W ciągu dwóch dni rozegrałem dwa mecze, więc pokazałem, że da się to zrobić. Chociaż przyznam, że po powrocie do Turynu nie wychodziłem z domu przez dwa dni, bo byłem tak wyczerpany fizycznie i psychicznie meczami i tą tragedią na stadionie Heysel.

Czytaj więcej

Czas na baraże. Czy Robert Lewandowski zagra jeszcze na mundialu?

Z Belgią byłyby kłopoty?

Nie wiem, czy byłoby nas stać na pokonanie Belgii, która miała wtedy silną drużynę. Na szczęście mądrze się broniliśmy, a Józek Młynarczyk rozegrał świetny mecz.

Trzy lata wcześniej, na mundialu w Hiszpanii, nie mieli z wami szans.

W 1982 r. byli mocni, ale my też mieliśmy silną reprezentację. To był, mimo wyniku 3:0, dość wyrównany, ciekawy mecz. Wykorzystaliśmy nasze sytuacje i skończyło się wyraźnym zwycięstwem.

A potem przyszły rozczarowujące mistrzostwa świata w Meksyku…

Byliśmy trochę nieprzygotowani naukowo, fizjologicznie, żeby sobie radzić w takich warunkach. Nawet tak prosta rzecz, jak dojście na stołówkę, była uciążliwa, bo za każdym razem w drodze na posiłki trzeba było pokonać 120 schodów w górę i w dół. Mieszkaliśmy w czymś, co bardziej przypominało akademik niż dobry ośrodek, a na treningi jeździliśmy 20 kilometrów. W takich warunkach, w takim upale i wilgotności trudno było trenować. Nie płakaliśmy, nie narzekaliśmy, ale na formie się to odbijało. W meczach grupowych zremisowaliśmy bezbramkowo z Marokiem, pokonaliśmy Portugalię i przegraliśmy z Anglią. Trafiliśmy na Brazylię i niestety graliśmy o godzinie 12 w Guadalajarze. W tym upale przez pierwsze 30 minut przeważaliśmy, trafiliśmy w poprzeczkę i w słupek, a potem sędzia podyktował problematyczny rzut karny. Dzisiaj VAR skorygowałby tę decyzję, bo wszystko działo się poza polem karnym. Po golu na 1:0 Brazylijczycy zaczęli kontrolować spotkanie.

W Meksyku mieszkaliśmy w czymś, co bardziej przypominało akademik niż dobry ośrodek, a na treningi jeździliśmy 20 kilometrów

Zbigniew Boniek

W Hiszpanii też mieliście hotel bez klimatyzacji.

Tak było. W Hiszpanii również mieliśmy problemy, ale nie byliśmy przyzwyczajeni do narzekania.

Futbol w PRL potrafił zahartować?

Nie tyle futbol, co samo życie. Byliśmy trochę inni, mieliśmy dużo mniej niż w dzisiejszych czasach, więc cieszyliśmy się ze wszystkiego. Dzisiaj piłkarze muszą mieć złote klamki.

Skoro o dzisiejszych piłkarzach mowa. Nikt sobie nie wyobraża, że w czwartek moglibyśmy przegrać z Albanią.

Ja też tego sobie nie wyobrażam. Jesteśmy faworytem, ale pamiętajmy, że w piłce faworyci nie wygrywają tak często jak w innych sportach zespołowych. Możesz mieć 15 rzutów rożnych, rzut karny, trzymać piłkę przez 90 proc. czasu, a potem jeden kontratak spowoduje, że schodzisz pokonany. W koszykówce posiadanie piłki wyznacza zegar, są rzuty za dwa i trzy punkty, wyniki są wyższe, w siatkówce gra się o zwycięstwo w poszczególnych setach, więc jest mniej miejsca na przypadek. Na ostatnie dwa turnieje awansowaliśmy po barażach, a jak mówią Włosi „non c'è due senza tre”, czyli trzeba trzymać kciuki, że będzie i trzeci raz.

Czytaj więcej

Był nadzieją polskiej piłki, podniósł się po ciężkich kontuzjach. Czy Jakub Moder zbawi kadrę?

Nie chciał pan zatrudnić Jana Urbana, będąc prezesem PZPN?

Nie myślałem o tym, bo kiedy zostałem prezesem, ważny kontrakt miał Waldemar Fornalik, któremu powiedziałem, że do samego końca może pracować. Wiadomo było już wtedy, że eliminacje mistrzostw świata 2014 zostały przegrane i musimy budować nową drużynę, więc uprzedziłem Adama Nawałkę, że chcę mu zaproponować stanowisko selekcjonera. Gdyby Nawałka nie powiedział po mundialu w Rosji, że musi odpocząć, to pracowałby dalej. Wiedziałem, że po jego odejściu chcę zatrudnić polskiego trenera. Z listy kandydatów Jerzy Brzęczek wydawał się najciekawszy: był młody, ambitny, rozegrał dużo meczów w reprezentacji, występował w klubach zagranicznych. Z zadania się wywiązał, zdobył 25 pkt w eliminacjach. Janka nie brałem pod uwagę, bo chyba miał wtedy pracę, a nie chciałem wyciągać trenera z żadnego klubu.

Siłą Jana Urbana jest spokój?

Spójrzmy na Diego Simeone: nie wydaje mi się, że każdy trener musi być spokojny, ale Janek taki jest. Przez wiele lat żył w Hiszpanii, nabrał do wielu rzeczy dystansu. Ma zaufanie do samego siebie, do tego, co robi. Jest trenerem spokojnym, zrównoważonym, nie ma problemów z podejmowaniem decyzji, nie boi się stawiać na zawodników, jeśli jest do nich przekonany.

Co do niektórych jego powołań pojawiały się wątpliwości: Bartosz Bereszyński gra mało w Palermo, nie ma Bartosza Nowaka...

Każdy trener ma swoją koncepcję, wie, jak ma funkcjonować jego drużyna na boisku, jak ma „działać” szatnia. Każdy z piłkarzy ma dać reprezentacji to, czego chce selekcjoner, i niekoniecznie wszyscy musimy się zgadzać z jego wyborami. On podejmuje decyzje i bierze za nie odpowiedzialność.

Czytaj więcej

Kamil Grabara. Nie chciał być rezerwowym, może zostać numerem jeden

A jeśli chodzi o bramkarzy, to na kogo by pan postawił w czwartek?

Zrobiłbym to, co zrobi Janek.

Czyli?

Chyba wśród wszystkich panuje przekonanie, że na ten mecz najlepiej z grona powołanych nadaje się Kamil Grabara. Zebrał już w klubach trochę doświadczenia, a do tego jest w dobrej formie, ma dużo talentu i wydaje się w tym momencie pewniejszy niż Bartłomiej Drągowski. Oczywiście, jeśli selekcjoner wybierze bramkarza Widzewa, to tę decyzję również będzie się dało obronić.

Grabarze musiał pan natrzeć uszu, gdy nie chciał przyjechać na Euro do lat 21 jako rezerwowy.

Różnie bywało w przeszłości. Drągowski też nie chciał przyjechać na turniej młodzieżowych mistrzostw Europy, na którym miał być zmiennikiem Grabary. Dzisiaj dojrzeli i inaczej patrzą na życie.

W piłce nie można się obrażać na wieki?

Na wieki nie można. Co najwyżej na tydzień.

Dopóki jest Robert Lewandowski, to nie mamy się czym martwić. Ma 37 lat, będzie strzelał przez kolejne dziesięć, jeśli dostanie dobre podania, bo tego się nie zapomina

Zbigniew Boniek

Trener Urban nie chce powoływać Sebastiana Walukiewicza, bo nie odebrał kiedyś telefonu.

Dziwna jest cała otoczka i tłumaczenie, że ktoś dzwonił, ktoś inny nie odebrał i nie oddzwonił. Obiektywnie muszę powiedzieć, że Walukiewicz jest w formie, prezentuje się dwa razy lepiej niż rok czy dwa lata temu, kiedy dostawał powołania od Michała Probierza. Na tej pozycji Janek ma Matty’ego Casha, pozycja jest zabezpieczona, i może to spowodowało, że Walukiewicza nie powołuje. To są jego decyzje. Można mówić, że teraz Patryk Peda jest lepszy niż wtedy, kiedy grał w kadrze, ale to akademicka dyskusja. Musimy wygrać baraże tymi zawodnikami, których mamy.

Atak też mamy zabezpieczony?

Dopóki jest Robert Lewandowski, to nie mamy się czym martwić. Ma 37 lat, będzie strzelał przez kolejne dziesięć, jeśli dostanie dobre podania, bo tego się nie zapomina. Oczywiście, jest innym piłkarzem niż wtedy, kiedy miał 29-30 lat, bo ząb czasu każdego nadgryza. Gramy na jednego napastnika, drugiego wpuszczamy, kiedy nie idzie, a w takiej sytuacji jest choćby Karol Świderski.

Czytaj więcej

Europa zachwycona nastolatkiem z Polski. Czy Oskar Pietuszewski zagra w barażach o mundial?

Ostatnio wszyscy zachwycają się Oskarem Pietuszewskim. Pan widział już wiele karier i może warto trochę studzić nastroje?

Nie da się tego powszechnego zachwytu ostudzić, bo żyjemy w świecie wirtualnym, wszechobecnych social mediów, gdzie każdy ma swoje zdanie i wypowiada je co pięć minut. Pietuszewski jest szalenie utalentowany, nad wyraz rozwinięty psychicznie i fizycznie, jak na swój wiek, a do tego potwierdza w lidze portugalskiej swój talent. W ostatnim meczu, który oglądałem, przez godzinę nie błyszczał, ale nagle zrobił niesamowitą rzecz, przyspieszył, wyszedł na pozycję i idealnie podał do kolegi, który zdobył bramkę. Ten chłopak ma wielki potencjał. Musi sobie z zachwytami poradzić.

Jan Urban jednak zwlekał z wysłaniem mu powołania.

I miał rację. Wcześniej ocenialiśmy go na podstawie tego, jak grał w Jagiellonii i reprezentacji do lat 21, a teraz skala trudności jest inna. Przez kilka miesięcy piłkarsko dojrzał i dziś Janek go powołuje. Wcześniej Pietuszewski grał w kadrze młodzieżowej i nie było też powodu rozbijania dobrej drużyny.

Pietuszewski jest jeden. Nie za mało młodych piłkarzy pojawia się w polskich klubach?

Zgadzam się, że młodzi zawodnicy zbyt rzadko dostają swoje szanse. Wprowadzanie młodzieży do Ekstraklasy jest pozytywne. W tym sezonie nikt wyraźnie nie odskoczył. Liczba punktów zgromadzona przez lidera tabeli daje nam pod tym względem chyba ostatnie miejsce w Europie.

Jak Raków Częstochowa i Jagiellonia Białystok wypadły na tle Fiorentiny?

Widać, że mamy problemy mentalne i brakuje nam pewności siebie. Kiedy trafiamy na takiego rywala jak Fiorentina, uznanego w Europie, to od razu dajemy sobie margines, że jeśli przegramy, to nic takiego się nie stało. Nie można tak myśleć, bo z wszystkimi trzeba wygrywać. Fiorentina była do pokonania, a Jagiellonia i Raków przegrały przez nieuwagę, błędy indywidualne. Słuchałem Paolo Vanoliego, który ocenił, że polskie drużyny wysoko zawiesiły poprzeczkę, ale zabrakło im przekonania, że mogą zwyciężyć.