Korespondencja z Kataru
893 minuty - to ponad pół dnia - potrzebowali rywale, żeby wreszcie złamać Maroko. Jedyna bramka, jaką stracili wcześniej podczas mundialu, była samobójcza. Hernandez wykorzystał splot szczęśliwych okoliczności: błąd Yawada el Yamiqiego, rykoszet, wreszcie jakby niepewne wyjście Bono. Mistrzowie świata prowadzenie objęli błyskawicznie, ale to wcale nie podcięło rywalom skrzydeł.
Gol przyspieszył wydarzenia na boisku. Zawodnicy Hoalida Regraguiego nie czekali z odrabianiem strat i od razu zaprosili Francuzów do wymiany ciosów. Błyszczeli swobodą, panoszyli się w środku pola, zatracali w dryblingach. El Yamiq porwał się nawet na strzał przewrotką, ale piłkę po jego uderzeniu Hugo Lloris sparował na słupek.
Widzieliśmy jeden z najintensywniejszych meczów mundialu, choć zetknęły się przecież drużyny, które podczas tego turnieju raczej oddawały piłkę. Francuzi wybrali futbol wyrachowany: pozwalali rywalom się wyszumieć i ograniczali ryzyko, maksymalizując zyski z indywidualnych talentów piłkarzy. Marokańczycy pożenili zaś ostrożność z szybkością oraz doskonałą techniką.
Czytaj więcej
Katarczycy wymyślili sobie na finał mundialu nowy, wspaniały świat, ale futurystyczne Lusail wciąż jest w budowie.
Teraz musieli zaatakować i cieszyli się chwilą. Atakowali z taką werwą i odwagą, że kibice z całego świata - chyba wszyscy poza francuskimi, truchlejącymi przy kolejnych dryblingach Azzedine’a Ounahiego - mogli krzyknąć: „Meczu, trwaj”. Ta otwartość mogła oczywiście sporo kosztować: jeszcze w pierwszej połowie Kylian Mbappe przegrał pojedynek z Bono, a Olivier Giroud trafił w słupek.
Marokańczycy wiedzieli jednak, że rywale nie są nietykalni. Gole podczas tego mundialu strzelali przecież mistrzom świata Australijczycy, Duńczycy, Tunezyjczycy, Polacy i Anglicy. Didier Deschamps, który od początku turnieju we wszystkich meczach o stawkę wybierał żelazną jedenastkę, musiał ponadto radzić sobie z problemami.
Niedyspozycja usadziła na ławce Adriena Rabiota i Dayota Upamecano. Francuzi pisali o przeziębieniu, może wywołanym klimatyzacją, ale to musiało być coś poważniejszego, skoro obaj od kilku dni nie trenowali. Szansę dostali 23-latkowie: Ibrahima Konate oraz Youssouf Fofana. Pierwszy z nich wybiegł na boisko w koszulce reprezentacji po raz szósty, a drugi - po raz siódmy.
Czytaj więcej
Dziesięć lat temu śnił, by zagrać z Leo Messim w jednej drużynie. Dzisiaj Julian Alvarez razem ze swoim idolem prowadzi Argentynę na piłkarski szczyt.
Regragui posłał na boisko niemal wszystkie srebra rodowe marokańskiej piłki. Zdążyli dojść do siebie zmagający się z problemami zdrowotnymi Noussair Mazraoui oraz kapitan Romain Saiss, ale ten ostatni tylko na chwilę - opuścił boisko w 21. minucie. Bólu nie uciszył nawet doping kibiców. Marokańczycy grali u siebie, każdej akcji Francuzów towarzyszyły przeżywające gwizdy.
Ten mecz był świętem futbolu - wygrali wszyscy, którzy go obejrzeli - i kosmopolityzmu, bo w obu drużynach połowa piłkarzy urodziła się albo pochodzi spoza kraju, który reprezentują. Marokańczycy, stała za nimi cała Afryka oraz świat arabski, momentami atakowali huraganowo, ale Francuzi wreszcie zdołali odpowiedzieć. Decydującego gola po uderzeniu z kilku metrów strzelił rezerwowy Muani.
To była bramka imienia Mbappe, który jeszcze kwadrans wcześniej zwijał się z bólu po brutalnym - choć według sędziego przepisowym - wślizgu Sofyana Amrabata. Teraz porwał się na drybling, po którym jego kolega musiał tylko dołożyć stopę do piłki. 23-latek rzucił tą akcją wyzwanie Leo Messiemu. Oni toczą przecież swój pojedynek: o tytuł króla strzelców i najlepszego piłkarza turnieju.
Zwyciężyła drużyna dojrzalsza i bardziej kompletna, a Deschamps wygrał dwój czternasty mecz na mundialu - więcej zwycięstw (szesnaście) ma tylko Hemlut Shoen. Teraz Francuzi mogą zostać trzecią drużyną w dziejach mistrzostw świata, która obroni tytuł. Podróż Maroka też wcale się jednak nie kończy. Przed nimi przecież kolejne wspaniałe wyzwanie - mecz o trzecie miejsce mundialu.