Reklama

Przełamane kryzysy

Drużyna „Rzeczpospolitej” w komplecie stawiła się na mecie 10. PZU półmaratonu warszawskiego, choć łatwo nie było.

Aktualizacja: 31.03.2015 00:07 Publikacja: 30.03.2015 23:02

Ilu biegnących, tyle powodów: zdrowie, wspólnota, odchudzanie, rozsławienie gminy w Lubelskiem

Ilu biegnących, tyle powodów: zdrowie, wspólnota, odchudzanie, rozsławienie gminy w Lubelskiem

Foto: Fotorzepa/Piotr Nowak

– Na ostatnim kilometrze nie mogłam już znaleźć własnych nóg – mówi Kamila, jedyna przedstawicielka płci pięknej w redakcyjnej ekipie. – A za metą poruszałam się jak zombi.

Wrażenia panów są równie interesujące. – Trzy kilometry przed końcem myślałem, że mam zawał. Objawy były klasyczne: kłucie w piersiach, duszności, panika – opowiada Piotr. Tomek w połowie trasy musiał skorzystać z ambulansu. – Dostałem znieczulenie i pobiegłem dalej – mówi.

Przed zawodami też było ciekawie. – Mam gorączkę, od tygodnia boli mnie gardło, bierze mnie wiosenna alergia, ciągle łapię jakieś wirusy – opinie z piątkowej, przedstartowej sondy wśród członków drużyny nie napawały  optymizmem. – Rano ma być zero stopni – straszyła koleżanka z redakcji, powołując się na sprawdzoną prognozę pogody. – Nie przebiegnę więcej niż 15 kilometrów – zapowiadali debiutanci.

A jak było w niedzielę? Wszystkie dolegliwości minęły w momencie strzału startera. Sprawdzona prognoza się nie sprawdziła, a ci, co w nią uwierzyli, musieli w biegu zrzucać z siebie zbędną garderobę. I korzystać obficie z punktów z wodą (alternatywą było stoisko przy Polu Mokotowskim pod zachęcającym hasłem „Studenci też walczą z połówką").

Debiutanci bez strat na ciele i umyśle przebiegli nie 15, ale 21 kilometrów (i na dokładkę 97 metrów). Tomek rozłożył tempo jak rutyniarz. Na ostatnich kilometrach minął kilkaset osób. Kamila na początku się hamowała, potem młodzieńczy entuzjazm porwał ją do przodu. Końcówka była ciężka, ale zwycięska. Piotr startował drugi raz, poprawił życiówkę, choć zamierzał bardziej ją wyśrubować. Do pobicia swojego rekordu trochę zabrakło Januszowi, kluczowy okazał się 15. kilometr. Każdy miał swoje kryzysy, ale też każdy zaciskał zęby i je przełamywał.

Reklama
Reklama

Trasa? Wcale nie taka łatwa, jak zapowiadali organizatorzy. – Wzniesienia terenu, na które normalnie nie zwróciłabym uwagi, okazały się ciężkimi do zdobycia szczytami – mówi Kamila. – Podbieg na ul. Wenedów nie miał końca – dodaje Piotr, który na co dzień trenuje na – wydawałoby się sporo wyższej – górce na Agrykoli. Siły odbierało też palące na długich prostych słońce. W trudnych momentach pomagali kibice, inni zawodnicy i legendarny już klimat biegów masowych. A na ostatnich metrach czekała nagroda – wiwatujące bez względu na miejsce i czas zawodnika tłumy. Potem zasłużony medal, jabłko i pomidorowa. W poniedziałek ból w nogach (jakże przyjemny!) przy pokonywaniu redakcyjnych korytarzy.

Po co wystartowaliśmy? Przyczyn jest wiele. Klasycznych – sprawdzenie się, przezwyciężenie słabości, zmiana trybu życia, poprawa kondycji. Każdy ma też własne, głębiej skrywane powody. A niektórzy po prostu lubią doprowadzić się na skraj wytrzymałości, do momentu, gdy nie ma siły nawet splunąć. Jak niżej podpisany. W niedzielę do tego stanu trochę zabrakło. Podobnie jak do wymarzonego 1:29:59.

Przemysław Wojtasik, kapitan drużyny „Rzeczpospolitej"

Lekkoatletyka
Wyjątkowy mityng Orlen Cup w Łodzi już w niedzielę
Lekkoatletyka
Polska w czołówce. 16 medali mistrzostw świata w paralekkoatletyce
Patronat Rzeczpospolitej
17. edycja Biegnij Warszawo rozpoczęła cykl Running Europe Tour 2025
Lekkoatletyka
Mistrzostwa świata w paralekkoatletyce. Drugi złoty medal Faustyny Kotłowskiej
Lekkoatletyka
Mistrzostwa świata w paralekkoatletyce. Debiut marzeń, Bartosz Sienkiewicz ze złotem
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama