– Na ostatnim kilometrze nie mogłam już znaleźć własnych nóg – mówi Kamila, jedyna przedstawicielka płci pięknej w redakcyjnej ekipie. – A za metą poruszałam się jak zombi.
Wrażenia panów są równie interesujące. – Trzy kilometry przed końcem myślałem, że mam zawał. Objawy były klasyczne: kłucie w piersiach, duszności, panika – opowiada Piotr. Tomek w połowie trasy musiał skorzystać z ambulansu. – Dostałem znieczulenie i pobiegłem dalej – mówi.
Przed zawodami też było ciekawie. – Mam gorączkę, od tygodnia boli mnie gardło, bierze mnie wiosenna alergia, ciągle łapię jakieś wirusy – opinie z piątkowej, przedstartowej sondy wśród członków drużyny nie napawały optymizmem. – Rano ma być zero stopni – straszyła koleżanka z redakcji, powołując się na sprawdzoną prognozę pogody. – Nie przebiegnę więcej niż 15 kilometrów – zapowiadali debiutanci.
A jak było w niedzielę? Wszystkie dolegliwości minęły w momencie strzału startera. Sprawdzona prognoza się nie sprawdziła, a ci, co w nią uwierzyli, musieli w biegu zrzucać z siebie zbędną garderobę. I korzystać obficie z punktów z wodą (alternatywą było stoisko przy Polu Mokotowskim pod zachęcającym hasłem „Studenci też walczą z połówką").
Debiutanci bez strat na ciele i umyśle przebiegli nie 15, ale 21 kilometrów (i na dokładkę 97 metrów). Tomek rozłożył tempo jak rutyniarz. Na ostatnich kilometrach minął kilkaset osób. Kamila na początku się hamowała, potem młodzieńczy entuzjazm porwał ją do przodu. Końcówka była ciężka, ale zwycięska. Piotr startował drugi raz, poprawił życiówkę, choć zamierzał bardziej ją wyśrubować. Do pobicia swojego rekordu trochę zabrakło Januszowi, kluczowy okazał się 15. kilometr. Każdy miał swoje kryzysy, ale też każdy zaciskał zęby i je przełamywał.