[b]Na początku grudnia ukończył Pan dopiero 23 lata, a już jest liderem drużyny z aspiracjami do zdobycia mistrzowskiego tytułu, supergwiazdą NBA i, przede wszystkim, złotym medalistą olimpijskim…[/b]
[b]Dwight Howard:[/b] Igrzyska były dla mnie fenomenalnym doświadczeniem. Dostałem szansę gry we wspaniałym zespole, który na pewno przejdzie do historii koszykówki. Najbardziej cenię jednak samo zwycięstwo, choć nie przyszło nam ono łatwo.
[b]Co zapamiętał Pan w pierwszej kolejności z wyjazdu do Pekinu?[/b]
Poza obejrzeniem na własne oczy wspaniałego występu Michaela Phelpsa, na pewno ceremonię wręczania złotych medali naszej drużynie.
[b]Kibice nawet w Chinach wołali na Pana „Superman”.[/b]
To prawda, wszyscy ciągle krzyczeli „Superman, superman!”. Najwyraźniej takie jest teraz moje przezwisko.
[b]Shaquille O’Neal twierdzi jednak, że to on był pierwszy! Mówi, że jest „oryginalnym Supermanem” w NBA…[/b]
Cóż, sam siebie w ten sposób nie nazwałem. Zaczęło się od moich kolegów z drużyny. Podejrzewam, że dali mi taki przydomek, widząc moje zaangażowanie i osiągnięcia w pracy na siłowni. To jednak nie był mój wymysł.
[b]Może zostańmy przy tym, że każde pokolenie ma swojego Supermana. O’Neal jest przecież od Pana aż o czternaście lat starszy.[/b]
Niech tak będzie, chociaż zawsze pozostanę po prostu Dwightem.
[b]Pod koniec ubiegłego sezonu oraz w play-offs Pana zmiennikiem na pozycji centra był Marcin Gortat. Jak ocenia Pan postępy, jakie robi jedyny polski koszykarz w NBA?[/b]
Bardzo lubię Marcina. On praktycznie mieszka w siłowni. Widzę go tam codziennie, o każdej porze dnia. Bardzo mi imponuje tym zaangażowaniem, chociaż po tym, jak wygląda, ciągle nie widzę żadnych efektów (śmiech).
[b]Gortat twierdzi, że przybyło mu kilka kilogramów samej masy mięśniowej. Powiedział mi, że na niektórych przyrządach osiąga już lepsze wyniki od pana![/b]
Tak, ponieważ ja już trochę odpuściłem (śmiech). Nie muszę już zwiększać masy mięśniowej, na siłownię chodzę wyłącznie dla podtrzymania formy. Marcina podziwiam za to, że zawsze jest pierwszy w siłowni i w sali treningowej. Widzę, jak bardzo pragnie stać się lepszym koszykarzem. Bardzo mnie to inspiruje. Pod tym względem biorę z niego przykład. Wierzę, że w przyszłości Marcin stanie się wartościowym zawodnikiem tej ligi.
[b]Słyszałem, że na treningach często ćwiczycie razem, nawet gracie „jeden na jeden”…[/b]
Zgadza się. Staram się mu pomagać, jak mogę. Myślę, że jego problemem w tym momencie jest to, że za bardzo chce robić wiele rzeczy na raz. Jest tak ambitny, że trochę go to spala. Powinien raczej wyluzować, normalnie grać w koszykówkę z czwórką innych zawodników, przebywających aktualnie na parkiecie, poczuć rytm, pozwolić, aby wszystko przyszło naturalnie, samo z siebie. Jeśli osiągnie taki punkt mentalnie, wówczas trener na pewno zauważy.
[b]Gortat mówił, że po powrocie z igrzysk przyniósł Pan swój złoty medal na pierwszy trening. Chciał Pan w ten sposób zapewne zmotywować kolegów z zespołu, pokazać, że nie ma dla nich rzeczy niemożliwych?[/b]
Przez trzy lata przygotowań do turnieju w Pekinie trener Mike Krzyżewski przynosił nam na treningi obrazek złotego medalu. W ten sposób pokazywał nam cel – wiedzieliśmy, o co walczymy. Oglądaliśmy to zdjęcie i automatycznie rozmawialiśmy o wygraniu igrzysk. Dlatego powiedziałem swoim kolegom z Orlando Magic, że jeśli chcemy stać się zespołem mistrzowskim, nie powinniśmy myśleć o niczym innym niż o zdobyciu tytułu. Takie nastawienie przyniosło nam triumf w Pekinie.
[b]Chce Pan przełożyć sukces z reprezentacją USA na wyniki Magic w najbliższej przyszłości?[/b]
Tak i wierzę, że tak się stanie. Pomimo, że ciągle jestem najmłodszym zawodnikiem w drużynie, staram się mieć duży wpływ na to, jak się kształtuje jej charakter. Robię wszystko, aby moi partnerzy z zespołu stawali się lepszymi koszykarzami. Zostaję w hali po treningach tak długo, jak tylko mnie potrzebują. Po powrocie z Pekinu mogłem spokojnie odpoczywać w domu i nikt nie miałby do mnie pretensji, ale zamiast tego trenowałem z drużyną.
[b]Wasz bilans robi wrażenie, chociaż na razie ogrywaliście głównie słabeuszy. Co jeszcze powinniście poprawić?[/b]
Musimy ciągle uczyć się, jak umiejętnie zakończyć mecz. Często znakomicie rozpoczynamy, wypracowujemy znaczącą przewagę w pierwszych dwóch kwartach, a później ją tracimy i robi się nerwowo. Ten sam błąd popełniliśmy w spotkaniu z Los Angeles Clippers. Musimy pozbawiać rywali wszelkiej nadziei odpowiednio wcześnie. Wielkie zespoły jak Boston Celtics i Los Angeles Lakers nie pozwalają już rywalom wrócić do gry.
[b]Czego potrzebujecie w pierwszej kolejności, aby pokonać Celtics oraz Cleveland Cavaliers w Konferencji Wschodniej?[/b]
Oni tak samo muszą wygrać z nami, jak my z nimi. Na razie sprawa wygrania Konferencji Wschodniej pozostaje otwarta. Celtics pokonali nas już raz w tym sezonie, ale wierzę, że jesteśmy w stanie się zrewanżować. Jeśli będziemy grać na miarę naszych możliwości przez 48 minut, to mamy duże szanse.
[b]Gdzie Pana zdaniem Magic plasują się obecnie w hierarchii NBA?[/b]
Jesteśmy dobrym zespołem, ale chcemy być wielką drużyną. Czeka nas długa droga, ale krok po kroku zmierzamy we właściwym kierunku.
[b]W ubiegłym roku wygrał Pan konkurs wsadów podczas Weekendu Gwiazd, dając niezapomniany spektakl, jeden z najlepszych w historii tej imprezy. Stąd zresztą wzięła się powszechność przydomka „Superman”. Czy zamierza Pan bronić tego tytułu w lutym 2009 roku w Phoenix?[/b]
Trudno powiedzieć. Jeśli organizm nie odmówi posłuszeństwa, a koledzy z zespołu przekażą kilka ciekawych pomysłów, to być może zgłoszę się do konkursu wsadów.
[b]Jest jeszcze coś, czym może Pan zaszokować kibiców, tak jak uczynił to dziesięć miesięcy temu?[/b]
Ludzie z całego świata wysyłają mi różne podpowiedzi, czasem zupełnie zwariowane. Niedługo startuje moja strona internetowa, gdzie każdy będzie mógł wpisać swoją sugestię, a nawet wgrać plik wideo. Jeśli będę zdrowy w stu procentach i w odpowiedniej formie, to jestem przekonany, że dam publiczności dobry show.
[i]Rozmawiał w Los Angeles: Marcin Harasimowicz[/i]