Korespondencja z Gliwic
Nasi koszykarze mogli ten mecz nawet przegrać - maksymalnie ośmioma punktami - i wciąż awansować do kolejnej rundy. Taka sytuacja nigdy w sporcie zdrowa nie jest, bo może demobilizować. Każda dwucyfrowa wpadka w tym spotkaniu oznaczała tymczasem koniec olimpijskich marzeń.
Wiedział o tym szkoleniowiec polskiej kadry Igor Milicić, świadomość mieli zawodnicy. Mentalnych problemów w gliwickiej PreZero Arena nie wykazali żadnych. Przeciwnie - potwierdzili, że są zespołem turniejowym, potrafiącym wygrywać wtedy, kiedy trzeba najbardziej.
Czytaj więcej
Świetnie przygotowani taktycznie i znakomicie trafiający z dystansu polscy koszykarze zaskakująco pewnie pokonali 85:76 zespół gigantów z Bośni.
Portugalczycy, choć najniżej sklasyfikowani spośród rywalizujących w Gliwicach ekip (54. pozycja rankingu FIBA), nie są rywalami, których można lekceważyć. Światowa koszykówka ma to do siebie, że jest w niej nie 8-10, ale może nawet 50-60 klasowych drużyn. Goście ponadto wiedzieli, że już 10-punktowe zwycięstwo da im awans - kosztem Polaków.
Tamtejsza reprezentacja bywała przed laty w światowej hierarchii wyżej, wówczas korzystała jednak z potencjału ludzkiego Angoli czy Wysp Zielonego Przylądka. Do Gliwic nie przyjechał ponadto pierwszy w historii reprezentanta Portugalii w NBA, Neemas Queta z Sacramento Kings.
Skromniejszy potencjał nadrabiają organizacją gry. Mają właściwą strukturę kadrową, taką samą co mecz pierwszą piątkę. Są dobrze zbilansowani, grają widowiskowe kontry, książkowo dzielą się piłką. Pozostają w ciągłym ruchu, co sprawia, że są groźni w rzutach za trzy - zwłaszcza naturalizowany Amerykanin Traviante Williams oraz Rafa Lisboa.
Polacy wiedzieli, że nie wystarczy ten duet zatrzymać. Kluczem do sukcesu było ograniczenie dokonań niewysokich, ale skocznych i wybieganych podkoszowych. To oni sprawili, że Portugalia pokonała Węgrów wyżej niż Polacy. Trener Milicić na pewno przypomniał o tym kadrowiczom. A także o tym, że rywale świetnie rozpoczynają mecze.
Czytaj więcej
Michael Jordan jako właściciel Charlotte Hornets podejmował fatalne decyzje sportowe i klub stał się synonimem przeciętności, a jednak na sprzedaży...
Nasi reprezentanci szybko narzucili własne warunki, zmusili rywali do nielubianego przez nich ataku pozycyjnego. Polska obrona sprawiała, że gości rzucali z trudnych pozycji. Na dodatek Portugalczycy stracili pierwszego rozgrywającego Diogo Venturę.
Nasi kadrowicze objęli prowadzenie w 3. minucie i nie oddali go już do końca. W ostatniej kwarcie, po kontrach i trójkach oraz przy wsparciu rezerwowych, uciekali rywalom nawet na 16 punktów. Do końca kontrolowali wydarzenia na parkiecie. Jak przystało na zespół świadomy celu i własnych możliwości.
Piątkowy półfinał z Estonią (odbędzie się w Gliwicach) i ewentualny finał w niedzielę - z Izraelem lub ponownie z Bośnią - na pewno będą znacznie trudniejsze. Transmisje meczów w TVP Sport.