Korespondencja z Monte Carlo
Urzędujący mistrz świata miał wszystko pod kontrolą: w sobotę spokojnie, z dużą przewagą zdobył pierwsze pole startowe, a w wyścigu pewnie jechał na czele, oddalając się od Rosberga na ponad 20 sekund. Wyścigi na krętej i wąskiej trasie w księstwie Monako bywają mało pasjonujące, bo nie ma tu miejsca na wyprzedzanie. Tak było też w tegorocznych zawodach, ale dramatyczna końcówka z nawiązką wynagrodziła kibicom brak emocji w pierwszej fazie zmagań.
Zaczęło się od zamieszania w środku stawki. Max Verstappen, 17-letni debiutant z Toro Rosso, na dojeździe do pierwszego zakrętu najechał na tył samochodu Romaina Grosjeana. Podbite auto Holendra z ogromną siłą uderzyło przodem w barierę ochronną. Kierowcy na szczęście nic się nie stało i o własnych siłach wysiadł z wraku.
Sędziowie wysłali do akcji samochód bezpieczeństwa dyktujący tempo całej stawce. To oznaczało zlikwidowanie 20-sekundowej przewagi Hamiltona – i w tym momencie Mercedes popełnił karygodny błąd. Lidera ściągnięto na zmianę opon, a kolejni dwaj kierowcy, Rosberg i Sebastian Vettel, nie zjechali do alei serwisowej i po wyjeździe na tor Hamilton znalazł się za nimi. Miał co prawda świeże ogumienie, ale po wznowieniu rywalizacji, osiem okrążeń przed metą, nawet ten atut nie pomógł mu wyprzedzić Vettela, nie mówiąc już o dopadnięciu zespołowego kolegi.
– Schrzaniliśmy Lewisowi wygrany wyścig. Mogę tylko przepraszać – kajał się szef zespołu Toto Wolff. – To była zła decyzja, absolutnie niedopuszczalna sytuacja – grzmiał Niki Lauda. Tłumaczono później, że ściągnięto Hamiltona w obawie, że rywale zmienią opony i na świeżym ogumieniu zaatakują w końcówce. Co gorsza postój na stanowisku trwał o nieco ponad sekundę za długo – Hamilton musiał przepuścić inny samochód, także zjeżdżający do pit stopu – i właśnie tyle zabrakło, by po powrocie na tor utrzymał się przed Rosbergiem i Vettelem.