Semirunnij był naszą medalową nadzieją w łyżwiarstwie szybkim, chyba największą obok Damiana Żurka. Nie ma się czemu dziwić, skoro w marcu 2025 r. został wicemistrzem świata na 10 000 m, a w grudniu poprawił rekord Polski i tylko dwie sekundy brakowały mu do rekordu świata.
W Hamarze, gdzie pobiegł po srebrny medal mistrzostw świata, przegrał tylko z Włochem Davide Ghiotto, z którym miał się ścigać w jednej parze w Mediolanie. Na kilka godzin przed startem wycofał się jednak Amerykanin Casey Dawson i trzeba było dokonać zmian. Włoch trafił do czwartej pary, a Semirunnij trafił na młodego Holendra Stijna van de Bunta. Nie dość, że wszyscy najgroźniejsi rywale startowali po reprezentancie Polski, to jeszcze Ghiotto trafił na świeżo wyczyszczony lód.
Zimowe igrzyska olimpijskie. Kim jest Władimir Semirunnij?
Semirunnij musiał sam wyznaczyć sobie tempo, do którego potem mogli się odnosić rywale. Zaczął mocno, nawet może trochę zbyt śmiało, bo na kilka okrążeń przed metą miał wyraźny kryzys. Potem jeszcze wykrzesał z siebie trochę sił i ostatecznie wykręcił świetny czas 12.39,08 – tak dobry, że Ghiotto (12.46,72) przegrał z Polakiem o kilka sekund. O ponad sekundę wolniejszy był też Jorrit Bergsma (12.40,48) i na dwie pary do końca Semirunnij ciągle był liderem.
Wystarczyło, żeby w kolejnej parze nie wyprzedził go żaden z rywali i można by świętować medal. Niestety, 19-letni Czech Metodej Jilek pokazał moc i praktycznie przez wszystkie okrążenia wykręcał czasy lepsze niż Polak. Nawet kiedy na jego twarzy widać było ogromne zmęczenie, wciąż jechał w tempie poniżej 30 sekund. Wyprzedził Semirunnija o kilka sekund (12.33,43) i świętowanie jeszcze trzeba było odłożyć, tym bardziej że w ostatniej parze był jeszcze mistrz olimpijski na 5 000 m Sander Eitrem.