Ledecka jest drugą Czeszką, która w zimowych igrzyskach zdobyła trzy złote medale (pierwsza to łyżwiarka szybka Martina Sablikova). Już te dwa z Pjongczangu zapewniły jej sławę, bo wygrała snowboardowy slalom gigant równoległy i, ku zdumieniu alpejskiego świata, także supergigant – na używanych nartach wziętych od Mikaeli Shiffrin, o 0,01 s przed broniącą tytułu Anną Veith.
Taki wyczyn w czasach specjalizacji kazał z podziwem patrzeć na wnuczkę hokeisty Jana Klapača, dwukrotnego medalisty olimpijskiego, i córkę nie mniej sławnego w kraju piosenkarza Janka Ledecky'ego.
Ma 26 lat, nie jest już tą dziewczyną, której nie rozpoznawano w wiosce olimpijskiej po pierwszym medalu w Korei Płd. Drugi uczynił z niej gwiazdę tamtych igrzysk i sprawił, że poważniej zajęła się nartami, bo na desce snowboardowej wciąż jest niemal nie do pokonania.
Czytaj więcej
Aleksandra Król i Oskar Kwiatkowski na ćwierćfinale zakończyli rywalizację w snowboardowym slalom...
W Pekinie ponownie wygrała bardzo pewnie – miała najlepszy czas kwalifikacji, kolejne rywalki w fazie pucharowej nie mogły wiele zrobić. W 1/8 finału Włoszka Nadya Ochner nie dojechała do mety, podobnie jak w ćwierćfinale Aleksandra Król – jedyna z trójki Polek, która przeszła kwalifikacje. Nadzieje, że po pokonaniu Rosjanki Poliny Smoleńcowej (o 0,16 s) Polka, ryzykując wiele, jakoś da radę czeskiej mistrzyni, zniknęły po upadku.