Rz: W niedzielę rozpoczyna się wyścig Paryż – Nicea, który inauguruje kolarski sezon. Pan startował w nim 41 lat temu. Wówczas jednak udział polskich kolarzy amatorów w wyścigu zawodowców był znaczącym wydarzeniem.
Ryszard Szurkowski: Bez przesady. Większość rywali znaliśmy. Różnica polegała na tym, że oni na początku marca, bo nic w kalendarzu kolarskim do dziś się nie zmieniło, mieli już za sobą kilka mniej znaczących wyścigów i w nogach tysiące kilometrów przejechanych na treningach. A my jedynie krótkie zgrupowanie w Bułgarii. A Paryż – Nicea to trudny wyścig, szczególnie w końcowej fazie, kiedy zaczynają się góry. Wtedy nie dawaliśmy rady, ale w pierwszej fazie wyścigu trzymaliśmy koło. Byłem drugi na etapie za Eddym Merckxem, potem trzeci w Orange i na końcu w Nicei. Miesiąc później pojechaliśmy Settimana Bergamasca, w którym na każdym etapie byliśmy w czołówce, a Staszek Szozda wygrał w klasyfikacji generalnej.
Dlaczego dopuszczono was, amatorów, do startu w zawodowym wyścigu?
Mieliśmy świetne wyniki jako amatorzy. Rok wcześniej zdominowaliśmy mistrzostwa świata w Barcelonie. Był silny nacisk, żeby się zmierzyć z profesjonalistami. W latach 90. spotkałem się z Merckxem i rozmawiałem z nim o tamtym starcie reprezentacji Polski w wyścigu Paryż – Nicea. Powiedział mi, że wszyscy zawodowcy się umówili, iż każdy z nich może wygrać, byleby nie amator. Bali się nas. Sądzę, że gdyby ten wyścig odbywał się w czerwcu, to powalczylibyśmy o zwycięstwo.
Czy ścigano się z wami jako z amatorami czy może raczej ze sportowcami z bloku wschodniego?
W sporcie nie istnieje rywalizacja polityczna. Po etapie byliśmy kumplami, rozmawialiśmy ze sobą, wspólnie jedliśmy posiłki. Kontekst polityczny nie ma dla startujących znaczenia. O Wyścigu Pokoju tyle lat mówiono, że jest komunistyczny. Dlaczego więc przyjeżdżali do nas Francuzi, Anglicy, Belgowie, Amerykanie? To był wspaniały wyścig, dwa tygodnie jazdy, 2,5 tys. km do przejechania.
Nie wolałby się pan jednak ścigać teraz, pójść taką drogą, jaką idą Michał Kwiatkowski, Rafał Majka?
Sport i życie stały się bardziej kolorowe. Kolarstwo też wypiękniało, ładnie pokazuje je telewizja. Ale w tamtych czasach sam fakt, że jeździliśmy po całym świecie, dawał nam wystarczającą satysfakcję. Bo to nie był tylko wyścig Paryż – Nicea, ale też klasyki w Anglii, Niemczech, Belgii. Kwiatkowski i Majka mogą się ścigać z zawodowcami, a my, poza tym wyjątkiem sprzed 41 lat, tylko z amatorami. Wcale nie czuliśmy się jednak z tego powodu gorsi. Widzieliśmy, że średnie prędkości na tych samych trasach były porównywalne, a często nawet wyższe u amatorów. Oni mieli zapewnione inne warunki, inne było też zainteresowanie zawodowcami. W wyścigu na mistrzostwach świata jechaliśmy w sobotę, a profesjonaliści w niedzielę – i oglądało ich o połowę widzów więcej. Świat patrzył tylko na nich. Co jednak mogliśmy zrobić? Uciec? Z kadry nikt nie uciekał, bo to się nie opłacało, nie mogliśmy narzekać.