Węgier Viktor Kassai, arbiter meczu Real – Bayern, w jeden wieczór został szwarccharakterem, jakiego w futbolu dawno nie było. I nie ma wiele na swoje usprawiedliwienie: zepsuł znakomity mecz, sprawił, że przegrany Bayern czuje się okradziony, a zwycięski Real nie może z czystym sumieniem fetować sukcesu.
We wtorkowy wieczór wyłączałem telewizor z przeświadczeniem, że kunszt piłkarzy poszedł na marne, gdyż dominował niesmak.
Po meczu w Dortmundzie byliśmy w żałobie, po meczu w Madrycie czułem się jak świadek przestępstwa, którego sprawcy nigdy nie zostaną ukarani, a ofiary nie doczekają się sprawiedliwości. Sport jako źródło goryczy – czy po to chodzi się na stadion, czy za to płacimy telewizjom?
Tę sytuację tym trudniej zaakceptować, że wcale nie jesteśmy na nią skazani. Wydawało się, że wraz z postępem technologicznym kończą się wieki ciemne i nawet zabetonowani w swym konserwatyzmie piłkarscy działacze przytomnieją i pozwolą, by sędzia korzystał ze wszystkich dobrodziejstw, które mają do dyspozycji telewidzowie.
Reforma podobno jest w toku, trwają dyskusje o szczegółach i o tym od kiedy weryfikacja wideo ma wejść w życie. Na szczęście skończyła się już korporacyjna FIFOmowa, że zaburzy to płynność meczu. Ale dla tych, którzy są oszukiwani dziś, to słaba pociecha.
Żeby nie było wątpliwości: zawód sędziego piłkarskiego to ciężki kawałek chleba. Arbiter w ciągu kilku sekund musi ocenić sytuację, o której potem dyskutują telewizyjni mądrale, zatrzymując obraz z dziesięciu kamer i wygodnie siedząc w fotelach. Dlatego właśnie sędzia zasługuje na pomoc, jego władza musi przestać być absolutna, a wyrok nieodwołalny.
Pogląd, że błędy arbitrów są też historią futbolu i musimy je zaakceptować, to jedna z najbardziej szkodliwych teorii zrodzonych w czasach, gdy piłkarze biegali w dynamówkach, a dziennikarze pisali swe korespondencje kopiowym ołówkiem i dyktowali przez telefon.
Nie ma i nigdy nie było uzasadnienia, by udawać, że błąd nie powoduje krzywdy i jest tylko anegdotą wspominaną przez futbolowych nestorów pieszczących swą nostalgię.
Doskonale rozumiem Roberta Lewandowskiego, że wtargnął do szatni sędziów w Madrycie wraz z kolegami z Bayernu i musiała ich uspokajać policja (jeśli to prawda, co pisze hiszpańska prasa). Poczucie krzywdy usprawiedliwia takie zachowania, szczególnie w futbolu, gdzie nie brakuje teorii spiskowych.
Nie ma na co czekać, bo kolejny Viktor Kassai popsuje nam wkrótce przyjemność. To pewne jak amen w pacierzu, bo futbol jest grą coraz szybszą, błąd popełnić coraz łatwiej, stres jest ogromny, gdyż gra toczy się o równie ogromne pieniądze.
Beztroskę na meczach odbierają nam terroryści, właściciele futbolowego spektaklu od siebie nie powinni już niczego dokładać.