Na toruńskiej Motoarenie spełniały się w sobotę wieczorem niemal wszystkie marzenia polskich kibiców: Gollob pierwszy Rune Holta drugi, Jarosław Hampel trzeci. Od pierwszego do ostatniego wyścigu żużlowcy z godłem biało-czerwonym rządzili zawodami.
Nie trzeba pisać, że wyczyny Tomasza Golloba i spółki stadion przyjmował z zachwytem. Ponad 16 tysięcy widzów, głowa przy głowie, stało, biło brawo, krzyczało, trąbiło – wszyscy mieli wrażenie, że uczestniczą w wyjątkowym spektaklu i, jak rzadko, to stwierdzenie było prawdziwe.
Oczywistym bohaterem publiczności był Gollob. Nie chodzi tylko o to, że zdobył maksymalną liczbę punktów, ale także jak zwyciężał, jak przegrane starty zamieniał w rewelacyjne wyprzedzanie, jak niosła go po torze pewność sukcesu, jak dojeżdżał do mety na jednym kole.
Wygrał już niejeden raz podobne zawody, ale z tego sukcesu cieszył się wyjątkowo. Rundę honorową odbył stojąc na masce białej limuzyny, ściskał wielki złoty puchar wypełniony kwiatami, na wierzch rzucił biało-czerwony szalik. Gdy przyszedł na konferencję prasową, jeszcze go nosiło. Przed pierwszym pytaniem wstał i pognał znów raz na stadion, by jeszcze raz cieszyć się z widzami. Gdy wrócił, mówił najwięcej o radości i pięknie żużla, o tym, że w Toruniu można to piękno naprawdę pokazać, że ten tor sprzyja jeźdźcom takim jak on, pełnym fantazji, czasem brawurowym, ale zawsze fascynującym publiczność. Drugi na mecie finału był Rune Holta, przyszywany Polak z Norwegii, ale w sobotnią noc takie szczegóły zeszły na plan dalszy. Rune jeździł świetnie już w rundzie zasadniczej, był po niej trzeci za Gollobem i Crumpem, tuż przed Hampelem. Wygrał swój półfinał i w finale twardo trzymał się pleców polskiego lidera. Jeśli w Toruniu ktoś z Polaków mógł trochę narzekać, to Jarosław Hampel, który przestał być liderem mistrzostw świata, ale zaraz mu przypomniano, że 3 punkty straty do Golloba to prawie nic.
Z miejsca w półfinale (i 8. w zawodach) cieszył się toruński żużlowei Adrian Miedziński, z ładnego zwycięstwa na pożegnanie ze startami w cyklu Grand Prix Piotr Protasiewicz – jedyny z polskiej piątki, który nie awansował do najlepszej ósemki. Za kontuzjowanego Australijczyka Chrisa Holdera pojechał w zastępstwie jeszcze szósty Polak – Artur Mroczka, ale dla niego jedyny start w 20 wyścigu zakończył się na drugim łuku. Motocykl okazał się silniejszy, rezerwowy upadł i jeszcze wykoleił dwóch rywali. Upadków było wcześniej kilka, najgroźniejszy miał Holder, wydawało się, że złamał rękę, ale lekarze ustalili, że skończyło się na zwichnięciu.