Turniej we Wrocławiu poprzedził sprint, czyli punktowane kwalifikacje. Najlepsi okazali się Brytyjczycy – Daniel Bewley przed Robertem Lambertem. Bartosz Zmarzlik był trzeci, a jako że Brady Kurtz, jego główny rywal w walce o mistrzostwo świata, odpadł już w Q1, obrońca tytułu zarobił dodatkowe dwa punkty przewagi nad Australijczykiem w klasyfikacji generalnej. I w sumie miał już ich o pięć więcej.
Przez fazę zasadniczą polski „F-16” szedł jak burza. Nawet gdy słabiej wychodził ze startu, bez problemu mijał rywali. W ostatniej serii w bezpośrednim starciu Kurtz pozostawał z nim w kontakcie przez dwa okrążenia. Później Polak odjechał. Obaj awansowali jednak do finału – każdy po raz ósmy w tym sezonie. Obaj pomylili się tylko raz – Zmarzlik w Warszawie, jego rywal w Pradze.
Finał marzeń Grand Prix we Wrocławiu
Finałową stawkę uzupełnili Bewley i Jack Holder. Tym samym w decydującym biegu znaleźli się wszyscy tegoroczni zwycięzcy Grand Prix, bo Kurtz i Zmarzlik wygrali po trzy rundy, a Brytyjczyk i młodszy z australijskich braci Holderów – po jednej. W finale zapowiadały się grzmoty.
Przy wyborze pól startowych Zmarzlik, który nigdy wcześniej nie pojechał perfekcyjnej rundy zasadniczej, nie wahał się ani chwili i zdecydował się na start spod bandy. Kurtz stanął jak najdalej od niego, przy krawężniku. Po wyjściu spod taśmy Australijczyk spokojnie, nieniepokojony jechał po wewnętrznej, Polak tymczasem miał spore problemy z również podróżującymi szeroko w poszukiwaniu odsypanego Bewleyem i Holderem. Gdy w końcu z nimi sobie poradził, choć dysponował kosmiczną prędkością, nie zdołał dogonić Kurtza.