W końcówce XX wieku Włosi byli siatkarską potęgą. Regularnie zdobywali medale największych światowych imprez. Jako pierwsi w historii wywalczyli trzy raz z rzędu mistrzostwo świata, w latach 1990-98. I wtedy przyszły chude lata. Od 1998 roku ani razu nie stanęli na podium mundialu. Teraz to się zmieniło. Pod wodzą Ferdinando De Giorgiego, który pamięta złote lata 90-te, znów mają, przynajmniej srebrny medal.
W półfinale nadspodziewanie łatwo, w trzech setach ograli Słoweńców. Byli lepsi w każdym elemencie. Od początku dominowali na parkiecie. Jedynie w trzecim secie Słoweńcy stawili większy opór. Choć zaczęli go od 0:5 podnieśli się. Doprowadzili do remisu (16:16). Mieli nawet szansę wyjść na prowadzenie. W kluczowych momentach zawodziły ich nerwy. Nawet tak doświadczeni zawodnicy jak Tine Urnaut czy Jan Kozamernik nie trafiali w pole gry. Włosi bezwzględnie to wykorzystali. Pod wodzą Simone Gianelliego, który z łatwością gubił blok rywali Yuri Romano, Alessandro Michieletto i przede wszystkim Daniele Lava zapewnili im sukces.