Spytałem kiedyś Oresta Lenczyka, jakie jest jego największe marzenie. Mogłem oczekiwać odpowiedzi w rodzaju: poprowadzić reprezentację Polski na Wembley lub w roli trenera pokonać Brazylię na Maracanie.
Lenczyk, jak zwykle nim odpowiedział na jakiekolwiek pytanie, zastanowił się chwilę, po czym przymknął oczy, jakby przenosząc się do innego świata i powiedział: Chciałbym 1 stycznia usiąść w Złotej Sali Musikverein w Wiedniu i mieć takie miejsce na widowni, żeby z bliska przyglądać się pracy pierwszego skrzypka.
Jak Orest Lenczyk został rekordzistą ekstraklasy
Z punktu widzenia przeciętnego trenera piłkarskiego, większości zawodników i działaczy nie był to więc normalny człowiek. Nie pił, nie palił, był wierny żonie, przeklinał w ostateczności, do czego nazbyt często doprowadzała go praca w klubach. Gdyby taki „Fryzjer” zwrócił się do niego z propozycją korupcyjną, można być więcej niż pewnym, że Lenczyk użyłby wobec niego przemocy fizycznej.
Niecodzienne imię, jakie otrzymał, to wyraz szacunku dla kultury antycznej. Ojciec miał na imię Nestor. Uczył w szkole matematyki, astronomii, ale był też skrzypkiem w Filharmonii Rzeszowskiej
Wychował się w domu lwowskich intelektualistów, którzy przenieśli się do Sanoka, gdzie Lenczyk urodził się w czasie wojny. Niecodzienne imię, jakie otrzymał, to wyraz szacunku dla kultury antycznej. Ojciec miał na imię Nestor. Uczył w szkole matematyki, astronomii, ale był też skrzypkiem w Filharmonii Rzeszowskiej.
Orest też grał na skrzypcach. Kiedy w Polsce trwał stan wojenny, wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Podczas pracy fizycznej w fabryce doszło do wypadku, w wyniku którego stracił część palca i o grze mógł zapomnieć. Cieszył się już tylko z gry swojej córki - skrzypaczki.
Czytaj więcej
Zmarł Orest Lenczyk. Szkoleniowiec sięgał po mistrzostwo Polski z Wisłą Kraków i Śląskiem Wrocław. Miał 81 lat.
Wspominając Oresta Lenczyka, wymienia się jego niezwykłe osiągnięcia. Na poziomie ekstraklasy prowadził dziesięć klubów w 584 meczach, w ciągu 38 lat. To absolutny rekord ligi. Pierwszy tytuł mistrza Polski, z Wisłą Kraków w roku 1978, zdobył w wieku 36 lat. Ostatni, ze Śląskiem w roku 2012, kiedy miał już 70.
Zawsze był w środku „wielkiej piłki”, zawsze stawiano go za wzór, jednak, mimo że jego nazwisko wymieniano wśród kandydatów na selekcjonera, PZPN nigdy nie powierzył mu tego stanowiska
Wychował selekcjonerów: Adama Nawałkę i Waldemara Fornalika. Kiedy miał lat trzydzieści, pracował w Stali Rzeszów jako asystent legendarnego środkowego napastnika węgierskiej „Złotej Jedenastki” Nandora Hidegkutiego. Zawsze był w środku „wielkiej piłki”, zawsze stawiano go za wzór, jednak, mimo że jego nazwisko wymieniano wśród kandydatów na selekcjonera, PZPN nigdy nie powierzył mu tego stanowiska. A przyznał mi się kiedyś, że właśnie to było jego największym sportowym marzeniem (pamiętając o koncercie noworocznym).
Lenczyk był członkiem Rady Trenerów, z jego głosem bardzo się liczono, ale nigdy sam nie walczył o siebie, więc inni też tego nie robili. Być może trochę z obawy, bo zasady etyczne Lenczyka i jego niezależność w każdej sprawie jasno mówiły, że nie da się nim sterować, a kompromisy mogą być utrudnione.
Kto nie lubił Oresta Lenczyka?
Z jednej strony był szanowany, z drugiej nielubiany przez tych, którzy chcieli grać „na skróty”, załatwiali sprawy pod stołem lub przy stole zastawionym. Doszło nawet do tego, że w przerwie meczu o Superpuchar Polski argentyński zawodnik Śląska, którego Lenczyk zostawił na ławce, zwymyślał go od najgorszych, przy wszystkich zawodnikach.
- Zbaraniałem, nie wiedziałem co mam powiedzieć - opowiadał Orest Lenczyk. - Gdyby 30 lat temu wydarzyło się coś takiego, zawodnicy sami wyrzuciliby takiego gościa z szatni. A cudzoziemca zwłaszcza. Teraz nikt się nie odezwał, wszyscy szukali czegoś na podłodze. To ja już wiedziałem, że coś się skończyło.
Czytaj więcej
Jeśli Śląsk, bądź co bądź mistrz Polski, przegrywa w nowym sezonie częściej, niż wygrywa, i traci w ważnym pojedynku z Hannoverem 96 pięć bramek na...
Nie dość, że piłkarz nie poniósł dotkliwej kary, to prezydent Wrocławia, do którego należał klub, polecił trenerowi przeproszenie gracza i wstawienie go do zespołu.
Tego było za wiele. Lenczyk polecenia nie wykonał, a kilka dni później, oglądając telewizję, przeczytał na pasku programu informacyjnego o swoim zwolnieniu z funkcji trenera Śląska. Po takim afroncie opuścił miasto, które niedawno nosiło go na rękach i oświadczył, że wróci do Wrocławia, ale tylko na koncert symfoniczny, na który zaprosił go dyrygent Marek Pijarowski.
Dlaczego konferencje Oresta Lenczyka były spektaklem?
Wkrótce całkiem pożegnał się z zawodem. Wrócił do Krakowa, opiekował się żoną, bawił wnuki, nie chodził na mecze, bo wolał słuchać muzyki w filharmonii.
Jego konferencje prasowe stanowiły spektakl. Dziennikarze się go bali, bo wytykał im - zawsze kulturalnie, ale dosadnie - nie tylko nieznajomość piłki, ale i nieuctwo. Trenerzy zwykle zwracający się do siebie po imieniu woleli nie używać tej formy wobec trenera. Kiedy jeden z nich, mogący być synem Lenczyka, zwrócił się do niego per Orest, trener, jak zwykle nie zmieniając wyrazu twarzy i nie podnosząc głosu, poprawił go: „Pan Orest”.
Bo to był rzeczywiście Pan Trener Orest Lenczyk. Trener inny niż wszyscy.