Korespondencja z Kataru
35-letni geniusz z Rosario znów podawał, dryblował i dyrygował drużyną, która w Katarze rośnie z każdą minutą, rozpędza się z każdym meczem. To był jego wieczór, choć przed pierwszym gwizdkiem oczekiwaliśmy, że w tym ostatnim mundialowym tańcu Messiemu spróbuje dorównać Luka Modrić.
Obaj dostali 88-tysięczną scenę skrzącego się złotem stadionu Lusail, wokół którego Katarczycy budują dopiero swoje futurystyczne miasto. Messi grał tam już wcześniej trzykrotnie, gospodarze największą postać mundialu posłali na deski swojej najwspanialszej areny. Znów jego każdy, nawet najdrobniejszy kontakt z piłką wzbudzał owację lub chociaż oklaski, aż wreszcie wzniecił euforię.
Czytaj więcej
We wtorek zagrają przeciwko sobie Leo Messi i Luka Modrić. Półfinałowy mecz Argentyna – Chorwacja o 20.00. To trzeba zobaczyć, bo powtórki nie będzie.
Początkowo na boisku panował jednak impas. Nietrudno o klincz, kiedy piłką rozporządzają Mateo Kovacić, Marcelo Brozović i Modrić - żaden z ćwierćfinalistów podczas tego mundialu nie posiadał w środkowej tercji boiska piłki tak długo, jak Chorwaci.
Argentyńczycy dopiero w 25. minucie oddali pierwszy strzał na bramkę Dominika Livakovicia. Pierwszy celny kilka chwil później przyniósł gola. Julian Alvarez dopadł do prostopadłego podania z głębi pola i mijając Livakovicia zahaczył o jego kolano. Piłkę na jedenastym metrze już po raz piąty w tym turnieju ustawił Messi. Trafił. Uderzył w lewą stronę bramkarza. Mocno, pod poprzeczkę.
Chorwaci zbyt szybko chcieli odnieść się z desek i dostali kolejny cios. To był jednej z tych goli, które strzela się siłą woli. Argentyńczycy ruszyli z kontratakiem, Alvarez dopadł do piłki na połowie boiska. Szczęśliwie wygrał przebitkę z Josipem Juranoviciem, piłki nie zdołał wybić Borna Sosa. Było 2:0.
Wiedzieliśmy oczywiście, że Chorwaci to drużyna, która nigdy nie godzi się z porażką i choć długo była na tym mundialu w cieniu, to przecież przyjechała do Kataru jako wicemistrz świata, a Argentyna kilka dni wcześniej potrafiła z Holendrami roztrwonić dwubramkowe prowadzenie. Zawodnicy Zlatko Dalicia chętniej tego wieczoru dzielili się piłką, byli przy niej dłużej, ale akcje tworzyli rywale.
Chorwaci przerwę przyjęli chyba z ulgą, bo obrona trzeszczała, mnożył się błędy. Dalić jeszcze w przerwie dokonał dwóch zmian. Piłkarze z Bałkanów rozbili obóz pod polem karnym rywali i próbowali zorganizować oblężenie, ale posiadanie piłki nie rodziło okazji do strzałów.
Messi kumulował energię - pełną piersią oddychał tylko, trzymając piłkę przy nodze. Tym razem nie trwonił czasu na dyskusje i prowokacje, jak przeciwko Holendrom, gdy rodacy - dzięki tym niekontrolowanym wybuchom emocji - zaczęli dostrzegać u niego ślady niedoskonałości, czy po prostu człowieczeństwa, które tak ukochali przecież w Diego Maradonie.
Nadeszła 71. minuta, kiedy zaprosił do tańca Josko Gvardiola. Kręcił nim tak bezlitośnie, jakby chciał nauczyć 20-latka pokory i jeśli kilka dni temu wyczarował najpiękniejsze podanie turnieju, to teraz podpisał się najbardziej efektowną akcją. Wpadł w pole karne, podał, Alvarez nie mógł się pomylić.
Był tego dnia piłkarzem totalnym - asystował, strzelał, miał najwięcej odbiorów. Zostało mu już tylko wyzwanie ostatnie, czyli finał, w którym Argentyna podejmie zwycięzcę meczu Francja - Maroko. Niewykluczone, że Messi będzie trzymał kciuki za tych pierwszych, bo chyba właśnie wygrana nad obrońcami tytułu najlepiej dopełniłaby dzieło tego turnieju.