Mówiła nam pani po eliminacjach, że wielką faworytką jest Schwanitz. Trochę nas pani oszukała.
- Sądziłam, że ona wejdzie do koła, pchnie 19,80 m i zamknie ten konkurs, a nam pozostanie walka o srebro i brąz. Jak jednak widać, nie wytrzymała presji. Wygrać z kimś takim, to jest wielki zaszczyt.
Przyjeżdżała pani do Berlina w roli jednej z faworytek. I tę presję znakomicie pani wytrzymała. W przeszłości bywało z tym różnie. Najczęściej odpadała pani w eliminacjach i schodziła ze stadionu ze spuszczoną głową. Teraz jest pani zupełnie inną zawodniczką.
- Człowiek dorasta. Postanowiłam mieć głowę trochę wyżej niż wcześniej. Po mistrzostwach świata w Londynie, w których odpadłam w eliminacjach, postanowiłam, że już nigdy nie dopuszczę do takiej sytuacji, żebym schodziła ze stadionu ze łzami w oczach. Powiedziałam sobie wówczas, że teraz już zawsze będę opuszczała stadion z radością na ustach.
Co się złożyło na ten sukces?
- Przede wszystkim praca z trenerem Edmunem Antczakiem i wiele pchnięć pod jego okiem. Do tego doszły długi godziny siedzenia na siłowni. Bardzo dziękuję za to wszystko mojemu trenerowi, który naprawdę wiele ze mną wytrzymuje, a mam naprawdę ciężki charakter.
Przed panią mistrzostwa świata w przyszłym roku, a potem igrzyska olimpijskie w Tokio. Pani trener mówi, że może pani pchać ponad 20 metrów, a to oznaczałoby walkę nawet o złote medale tych imprez.
- To prawda. Jestem w stanie pchać ponad 20 metrów. To jest kwestia poprawienia treningu siłowego, bo ten niestety u mnie kuleje. Za to zabierzemy się od października. Ten sukces z pewnością napędzi mnie do dalszego treningu. Obiecuję, że zrobię wszystko, by być jeszcze lepszą zawodniczką.