Korespondencja z Oregonu
Wydawały się niezniszczalne. Rzuciły wyzwanie Amerykankom i Jamajkom, stały na podium dziewięciu poprzednich międzynarodowych imprez. Nie przeszkadzały kontuzje, skład był głęboki. Medale w ciągu tych pięciu lat zdobyło aż jedenaście zawodniczek. Polki nie dały się zepchnąć z podium, były jak pięść. Koniec ery nastąpił, gdy skończyła się zgoda.
Czytaj więcej
Kobieca sztafeta 4x400 metrów to największa polska nadzieja na medal podczas ostatniego weekendu mistrzostw świata
Aleksander Matusiński od lat konstruował sztafetę z bazy nietuzinkowych charakterów. Nigdy nie były najlepszymi przyjaciółkami, raczej zgranymi koleżankami z pracy. Łączyła je wspólnota interesów, umiały przekuć indywidualne talenty w kolektywny sukces.
Publicznie poróżniły się dopiero w Eugene, kiedy Anna Kiełbasińska odmówiła dwóch biegów jednego dnia w sztafecie mieszanej. Justyna Święty-Ersetic wypaliła, że nie wyobraża sobie, żeby jeszcze kiedyś pobiegły w jednej drużynie. Opamiętanie przyszło po kilku dniach. Pojawiły się koncyliacyjne wypowiedzi i wpisy nawołujące do pokoju. Znów przed oczami stanął wspólny cel.
Polki to mistrzynie Europy, wicemistrzynie olimpijskie i wicemistrzynie świata, więc zagraliśmy va banque. Matusiński w eliminacjach dał więc odpocząć liderkom: Kiełbasińskiej i Natalii Kaczmarek. Okazało się, że to był błąd, bo zmienniczki pobiegły zbyt wolno.
Bardzo możliwe, że Matusiński zaplanował dobrze. Nie przewidział, że Kanadyjka nadepnie na stopę Małgorzaty Hołub-Kowalik, która odbierała pałeczkę na ostatniej zmianie. - Wyłączyłam myślenie. Dopiero na ostatniej „setce”, kiedy chciałam ruszyć, noga nie podawała. Nie mogłam się z niej odbić. Teraz boli coraz bardziej. Zanim ją opatrzyli, cała we krwi, spuchnięta, rozcięta - wyjaśnia.
Jedna z liderek sztafety, która zdobyła w karierze osiem medali wielkich imprez, przyszła do strefy wywiadów utykając, ze stopą owiniętą ręcznikiem. Porażki Polek nie chciała jednak zrzucać wyłącznie na niefortunne starcie.
- To dla nas kubeł zimnej wody, ale widocznie był nam potrzebny. Mistrzostwa od początku nie układały się po naszej myśli. Przed biegiem było już wszystko w porządku, ale podczas tej imprezy pojawiło się trochę złych emocji, przez co straciłyśmy niepotrzebnie energię. Teraz czekają nas mistrzostwa Europy i wierzę, że będziemy tam bronić złota - mówi.
- Byłyśmy dobrze przygotowane, ale na ostatniej prostej pojawiły się problemy zdrowotne, przez które pobiegłyśmy tak słabo. Zagrałyśmy va banque, oszczędzałyśmy dwie koleżanki na finał. Wynik jest jaki jest. Mam nadzieję, że do Monachium uda się pozbierać - dodaje Justyna Święty-Ersetic.
Ona pobiegła na pierwszej zmianie, kolejne była Iga Baumgart-Witan, Gacka oraz Hołub-Kowalik. Bieg wygrały Jamajki, kolejne miejsca zajęły Belgijki oraz Włoszki. Awans do finału z pierwszej serii wywalczyły Amerykanki, Brytyjki, Francuzki oraz Szwajcarki. Holenderki, które należały do faworytek, zgubiły pałeczkę na trzeciej zmianie.
Polska kadra po biegu złożyła protest, sędziowie w pierwszej instancji go odrzucili. Nasi działacze argumentowali, że w podobnej sytuacji - jeden z rywali zdjął Michałowi Rozmysowi but - biegacz został przywrócony do startu. Sprawą zajęła się Komisja Odwoławcza, ale racji Polakom nie przyznała.
Udział w finale, pod nieobecność pań, wezmą panowie ze sztafet 4x400 metrów, którzy zajęli w swojej serii trzecie miejsce. - Jedna drużyna się nie zgłosiła, inna przewróciła. Mogło to z boku wyglądać fajnie, ale nie jesteśmy w najlepszej dyspozycji - uspokaja Karol Zalewski. Finał odbędzie się o 5:35 polskiego czasu w nocy z niedzieli na poniedziałek.