[b][link=http://www.rp.pl/galeria/60516,1,350702.html]Obejrzyj galerię zdjęć[/link][/b]
Mazurek Dąbrowskiego popłynął nad Stadionem Olimpijskim dzień po jej zwycięstwie. Wreszcie poczuła, że naprawdę została drugą polska mistrzynią świata w lekkiej atletyce (pierwszą była Wanda Panfil, w 1991 roku w Tokio wygrała maraton). O sukcesie Anny Rogowskiej wciąż tu głośno. Wygrać z Jeleną Isinbajewą dwa razy jednego lata i zabrać jej złoto mistrzostw świata, to historia niesłychana.
Dzień po była już spokojna, choć z odpoczynkiem było trudno, emocje nie pozwoliły na sen, zmrużyła oko gdzieś o 4 nad ranem. Zagraniczni dziennikarze dobijali się do niej bez przerwy. Chcieli odkryć to, co w Polsce wiemy: że wybrała tyczkę trochę przypadkiem, a może to tyczka wybrała ją, że lubiła lekką atletykę od zawsze, biegała w Sopocie przez płotki i bez płotków, że kocha, to co robi. I nie obraża się, gdy mówią, że to Isinbajewa przegrała. – Ja wygrałam, ona przegrała, oba stwierdzenia są prawdziwe, ale to ja byłam w Berlinie najlepsza, wykorzystałam swoją szansę – twierdzi skromnie.
Już myśli co będzie dalej. – Wczorajsze zywycięstwo jest wczorajszym zwycięstwem. Wiem, że ędą zdarzały się też porażki – mówi i dodaje: – Mnie każda porażka czegoś uczy. Widzowie zobaczą mistrzynię świata już 28 sierpnia w Zurychu, a potem w Brukseli i Salonikach.
– Najprzyjemniejsze jest samo skakanie. Wyładowanie energii. To najlepsze, co znajduję w sporcie. Inne rzeczy są ważne, ale sam bieg z tyczką i skok to jest naprawdę to, w czym się odnajduję – powtarzała w Berlinie. To się zmieniło. Kiedyś tak wiele nie myślała o coraz twardszych tyczkach, coraz wyższym uchwycie. Teraz po każdym udanym skoku zawsze całuje w podzięce fiberglasowe cudo sportowej technologii. – Współpracujemy – mówi z uśmiechem. Inne małe przesądy: pozbywa się rzeczy, które przynoszą pecha. Mąż ma zabronione chodzić w pewnych koszulkach, te szczęśliwe ma mieć na sobie, albo, jak w Berlinie, wkładać do plecaka.