Piotr Lisek przestał latać, ale ze sceny nie schodzi

Piotr Lisek nie zdobędzie medalu mistrzostw świata, nasz tyczkarz pierwszy raz od dziewięciu lat odpadł z wielkiej imprezy w eliminacjach. To wpadka, której nie rozumie nawet on sam.

Publikacja: 23.07.2022 06:52

Piotr Lisek przestał latać, ale ze sceny nie schodzi

Foto: ANDREJ ISAKOVIC / AFP

Lisek na Hayward Field czysto skoczył tylko raz. Kiedy sędziowie zawiesili poprzeczkę na wysokości 5.65 m, którą kiedyś pokonywał niemalże z zamkniętymi oczami, strącił ją trzykrotnie. Wyścig Armanda Duplantisa z historią i rekordem globu obejrzy w niedzielę z trybun.

Polak, choć przywoził medale z trzech ostatnich mistrzostw świata, nie przyleciał do Eugene jako kandydat do podium. Dziesięciu zawodników w tym roku skakało wyżej, on sam wysokości 5.90 m nie pokonał od dwóch lat. Porażka w eliminacjach to jednak wciąż rozczarowanie.

- Przeżywam trudny okres, ten sezon oraz poprzedni. Jest mi przykro i nie chcę się tłumaczyć. Czuję się dobrze fizycznie, a podczas treningów skaczę na tyczkach, które pozwalają na lepsze wysokości. Głowa raczej nie jest problemem. Trudno powiedzieć, co się dzieje - przyznaje Lisek.

Czytaj więcej

Srebro wykute z cierpienia. Katarzyna Zdziebło znów wicemistrzynią świata

29-latek wciąż czuje się młodym zawodnikiem. - Nie wydaje mi się, żebym schodził ze sceny - mówi nasz tyczkarz. - Wiem, że czasem ludzie piszą w komentarzach: „Przyjechali turyści”. Nie jest to prawda. Taki występ to trudna nauka. Każdy, kto jest na mistrzostwach, chce się dobrze pokazać.

Lisek podkreśla, że jego współpraca z trenerem Marcinem Szczepańskim układa się dobrze, a sam pod względem siłowym i szybkościowym wciąż robi postępy. - Brak awansu do finału to tylko i wyłącznie moja wina. Nie chcę na nikogo jej zrzucać. Winny jest Piotr Lisek - mówi.

Tyczkarz to kolejny doświadczony kadrowicz, który zawiódł. Rywalizację w Eugene na eliminacjach zakończyli także Malwina Kopron, Konrad Bukowiecki czy Michał Haratyk. Mistrzostwa Europy w Monachium dla wszystkich będą okazją do rehabilitacji - a może także walki o sponsorów i stypendia.

Ósmy dzień mistrzostw świata bez sukcesu zakończyły Anna Wielgosz oraz sztafeta 4x100 metrów (Magdalena Stefanowicz, Martyna Kotwiła, Marika Popowicz-Drapała, Ewa Swoboda). Ona odpadła w półfinale biegu na 800 metrów, one - w eliminacjach.

- Najważniejsze, że dobiegłyśmy do mety. Stać nas na więcej - mówi Stefanowicz. - Jesteśmy tak szybkie, że na siebie powpadałyśmy - dodaje Kotwiła. - Szybkie jak nigdy, wyszło jak zawsze - nie kryje Marika Popowicz-Drapała. - Nie musimy robić szybkości, wystarczą zmiany - podsumowuje Swoboda.

Ósme miejsce w finale biegu na 400 metrów zajęła Anna Kiełbasińska. Indywidualnie to jej życiowy sukces, ale sprinterkę czeka jeszcze sztafeta. Polki pobiegną w eliminacjach o 3:10 w nocy z soboty na niedzielę czasu polskiego. Pół godziny później do rywalizacji w sztafecie przystąpią panowie.

Kamil Kołsut z Eugene

Lisek na Hayward Field czysto skoczył tylko raz. Kiedy sędziowie zawiesili poprzeczkę na wysokości 5.65 m, którą kiedyś pokonywał niemalże z zamkniętymi oczami, strącił ją trzykrotnie. Wyścig Armanda Duplantisa z historią i rekordem globu obejrzy w niedzielę z trybun.

Polak, choć przywoził medale z trzech ostatnich mistrzostw świata, nie przyleciał do Eugene jako kandydat do podium. Dziesięciu zawodników w tym roku skakało wyżej, on sam wysokości 5.90 m nie pokonał od dwóch lat. Porażka w eliminacjach to jednak wciąż rozczarowanie.

Pozostało 82% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Kup teraz
Lekkoatletyka
Najpierw Paryż, później ślub. Konrad Bukowiecki wraca do gry
Mistrzostwa świata
Polska bez gwiazd. Nadzieja na złoto jest jedna
Lekkoatletyka
Femke Bol bije rekordy. Latająca Holenderka pisze historię
Lekkoatletyka
Dwa rekordy świata na płotkach. Wielki Grant Holloway
Materiał Promocyjny
PR&Media Days 2024 - trendy i wyzwania
Lekkoatletyka
Duże pieniądze na bieżni. Ile zarabiają w Polsce lekkoatleci?
Lekkoatletyka
Orlen Cup 2024. Świetne wyniki w Łodzi, Ewa Swoboda liderką światowych tabel