W jakich nastrojach przystępuje pan do eliminacji?

W pozytywnych. Forma jest, a czy uda się ją wykorzystać, to już całkiem inna historia. Łatwo na pewno nie będzie. Minimum jest dość wysokie (5,75 - przyp. red.), ale to dobrze, bo mam nadzieję, że nie wejdzie do finału tyle osób co w Pekinie. Tam było nas 17. Nie była to komfortowa sytuacja.

Trzeba będzie skoczyć sześć metrów, by zdobyć złoto?

Tak myślę. Ale na podium powinno wystarczyć mniej. Niewątpliwie jednak poziom w tym roku jest bardzo wysoki i warto oglądać tyczkę, ponieważ zapowiadają się spore emocje. Kandydatów do medali jest wielu.

Kto będzie pańskim najgroźniejszym rywalem poza Samem Kendricksem, który otwiera światowe listy?

Armand Duplantis, Paweł Wojciechowski, Thiago Braz czy nawet Robert Sobera. Kilku innych stać na niespodzianki i może być wesoło.

Wybrał się pan w piątek na stadion, żeby zobaczyć jak radzą sobie koledzy?

Nie. Koncentrowałem się na starcie. Pełna kumulacja energii.

A ruszacie się w ogóle z hotelu?

Byliśmy na obiedzie spróbować tutejszej kuchni. A tak poza tym to dobry film i książka.

No właśnie. Kamila Lićwinko mówiła, że w hotelu ciężko znaleźć coś dobrego do zjedzenia…

Nie chciałbym się na ten temat wypowiadać. Mnie to nie robi różnicy. Ja jestem od skakania.

Koledzy dzielili się wrażeniami na temat warunków panujących na stadionie?

Sam stadion znam. Już na nim startowałem. A co do klimatyzacji, to będę mógł powiedzieć więcej po eliminacjach.