Norweżki już świętowały wielki sukces po podbiegu na Alpe Cermis, Bjoergen udzielała pierwszych wywiadów, Therese Johaug uśmiechała się jako mistrzyni wspinaczki na wielką górę, gdy Justyna Kowalczyk musiała sobie powiedzieć „dość".
Najpierw zauważono brak Polki na ostatnim punkcie pomiaru czasu, 400 m przed metą. Czujni kibice zaraz o tym donieśli i pokazali na portalach społecznościowych, jak Kowalczyk mdleje między slalomowymi bramkami, a chwilę później podjeżdża do niej skuter śnieżny z noszami.
Pani Justyna wyglądała na krańcowo wyczerpaną, była blada i ledwie przytomna. Ze skutera przeniesiono ją do karetki pogotowia, pojechała do miejscowego szpitala. Towarzyszył jej brat, z zawodu kardiolog. Kilka godzin przebywała na badaniach, opuściła szpital o własnych siłach, wróciła do hotelu. Aleksander Dzięciołowski, dziennikarz TVP obecny na miejscu, wieczorem zamienił z nią kilka słów. Usłyszał, że jest zmęczona, ale czuje się dobrze.
Do chwili opuszczenia trasy Justyna Kowalczyk biegła, a właściwie kroczyła, po stromiźnie daleko za najlepszymi. Nie utrzymała długo piątego miejsca, rywalki doganiały ją i przeganiały, patrzeć na te sceny było trudno, jeśli pamiętało się cztery zwycięstwa pani Justyny w Tour de Ski i heroiczne olimpijskie boje.
Kryzys było widać już w sobotę podczas biegu ze startu wspólnego na 10 km stylem klasycznym. Niby styl pasował, reguły rywalizacji też, bo nie trzeba było się martwić o pościg, ale Polka utrzymała się za plecami Norweżek raptem 3 km, potem słabła i słabła, dobiegła do mety siódma, padła i długo nie była w stanie wstać. Reporterowi TVP Sport powiedziała, że gdyby to nie był Tour de Ski, zeszłaby z trasy.