Przez lata, gdy trzeba było tenisiście wystawić referencje, a nie był on zwycięzcą Wielkich Szlemów, wystarczyło powiedzieć: „To daviscupowy gracz", czyli po prostu reprezentant kraju w pięknej rywalizacji, jednej z najdłuższych w wyczynowym sporcie, bo zapoczątkowanej w roku 1900.
W krajach tenisowo rozwiniętych Puchar Davisa stał się imprezą prestiżową, triumf dla Stanów Zjednoczonych, Australii, Wielkiej Brytanii czy Francji był ogólnonarodowym przeżyciem.
Gdy przed wojną Francuzi przełamali anglosaską dominację i ich Czterej Muszkieterowie pokonali Amerykanów na ich ziemi, w ciągu roku zbudowano w Paryżu stadion, by w rewanżu godnie przyjąć gości. Ten stadion to Roland Garros.
Kiedy w roku 1991 pierwszy raz po wojnie Francuzi zdobyli Srebrną Salaterkę pokonując USA, Francja była dumna z kapitana Yannicka Noaha, Guya Forgeta i Henri Leconte'a, fetowano ich tak jak dziś piłkarzy. Byłem tam wówczas i nigdy tego nie zapomnę.
Od tego czasu minęło ćwierć wieku, tenis stał się grą o ogromne pieniądze, jego gwiazdorzy mają coraz większe ego i Puchar Davisa zaczyna przeszkadzać, bo zabiera czas, zmusza do dodatkowego wysiłku, czasem kłopotliwej zmiany nawierzchni. Dotychczas trwał w niezmienionym kształcie, bo broniła go Międzynarodowa Federacja Tenisowa (ITF), dla której jest jedyną perłą w koronie (cyklami WTA i ATP oraz turniejami wielkoszlemowymi rządzi kto inny). Drużynowe rozgrywki kobiet pod różnymi nazwami (ostatnio FedCup) nie mają ani tego prestiżu, ani historii.