Decydujący okazał się niedzielny mecz Jerzego Janowicza z Sierhijem Stachowskim, teoretycznie dwóch najlepszych zawodników obu zespołów, rakiet numer jeden. To było spotkanie wysokiego napięcia. Z daleka dało się wyczuć chłodne relacje między przeciwnikami. Trafiła kosa na kamień – raz przy zmianie stron Janowicz popchnął przeciwnika. Z kolei Stachowski po spotkaniu nie podał ręki Polakowi. – Żałuję tego – wyznał na konferencji prasowej.
Zaczęło się od łatwego zwycięstwa łodzianina 6:1 w pierwszym secie. Był niemal bezbłędny, pewny siebie i własnych zagrań. Dobrze taką grę się oglądało. Trudności pojawiły się dopiero w końcówce drugiego seta. Ukrainiec przełamał Janowicza i wyszedł na prowadzenie 5:4. Nie wykorzystał własnego serwisu, a przy stanie 0:30 sędzia podjął kontrowersyjną decyzję przyznającą punkt Polakowi. Stachowski miał wcześniej krzyknąć coś w stronę rywala. Długo trwały dyskusje obozu gości z arbitrem, ale decyzji nie można było odwołać. Doszło do tie- -breaku, seta wygrał Polak. Po chwili kryzysu w następnym, Janowicz w czwartym znów grał precyzyjnie i zapewnił Polsce zwycięstwo. – Wróciłem na właściwe tory – podsumował spotkanie.
W piątek tak różowo nie było. Janowicz uległ w trzech setach Oleksandrowi Dołgopołowowi. Frustracji dał wyraz na konferencji. Odzywał się zdawkowo, za stołem zachowywał się lekceważąco, widać było, że przyszedł wyłącznie z obowiązku. Nie wszystko da się wytłumaczyć przegraną.
Janowicz nie zmienia się, o jego tenisie trudno powiedzieć, czy idzie ku lepszemu. Stachowski to rywal na jego poziomie, zajmujący cztery pozycje za łodzianinem w rankingu ATP. Z Dołgopołowem powinno pójść teoretycznie jak z płatka, a zdarzyła się porażka. Ale mimo wahań formy w Davis Cup Janowicz wciąż jest dla polskiej reprezentacji skarbem.
Polska drużyna nie tylko Janowiczem stoi. Kto by się spodziewał, że tak łatwo ze Stachowskim poradzi sobie Michał Przysiężny? 31-letni tenisista z Głogowa rozegrał najlepszy mecz polsko-ukraińskiego pojedynku. Pewny serwis i zmiana rytmu wybiła rywala z uderzenia. W trzecim secie Przysiężny nie przegrał nawet punktu przy własnym serwisie. Nie zawiedli również debliści Łukasz Kubot i Marcin Matkowski. Kubot zagrał na własną odpowiedzialność, po godzinach zabiegów doprowadzających go do zdrowia.