Gdybyśmy mieli porównać sytuację w wyścigowych mistrzostwach świata do piłki nożnej, to Leo Messi przeszedł właśnie do Realu Madryt w miejsce Cristiano Ronaldo, który co prawda ogłosił odejście z klubu, ale nie zdradził jeszcze, gdzie będzie grał.
W wyścigowym świecie Messim jest Sebastian Vettel. Wspierany od 11. roku życia przez Red Bulla, w latach 2010–2013 zdobył wraz z zespołem wszystko, co było do zdobycia: cztery mistrzowskie tytuły wśród kierowców i cztery w klasyfikacji konstruktorów. – Panowie, musimy pamiętać te czasy. Nie ma gwarancji, że potrwają wiecznie – mówił nieco ponad rok temu, po zwycięstwie w Grand Prix USA. Miał rację.
W tym sezonie na torach dominowała już nowa siła: samochody Mercedes z Lewisem Hamiltonem i Nico Rosbergiem w kokpitach. Reszcie pozostała walka o trzecią lokatę – a Vettel wcale nie wyszedł z niej zwycięsko. W cień usunął go nowy zespołowy partner Daniel Ricciardo. Zawsze pogodny Australijczyk nie przestraszył się utytułowanego kolegi i przez cały rok prezentował o wiele lepszą formę. Wygrał trzy wyścigi – jako jedyny przełamał hegemonię Mercedesa – i w klasyfikacji mistrzostw zajął trzecie miejsce.
Vettel był piąty, tylko czterokrotnie stawał na podium. Jako pierwszy obrońca tytułu od 1998 roku nie odniósł ani jednego zwycięstwa. Zawsze czuł się w Red Bullu jak u siebie w domu. Był cudownym dzieckiem firmy, symbolem sukcesu. Gdy dochodziło do spięć z poprzednim zespołowym partnerem Markiem Webberem, zespół zawsze roztaczał nad nim ochronny parasol. W tym roku taryfy ulgowej już nie było, a Ricciardo doskonale wykorzystał swoją szansę i zapracował na rolę nowego lidera Red Bulla.
Niespodziewanie Vettel otrzymał prezent w postaci wakatu w Ferrari: po pięciu latach bezskutecznych prób wywalczenia trzeciego w karierze tytułu mistrza świata Fernando Alonso przedwcześnie rozwiązał kontrakt ze Scuderią.