Znane są kłopoty Polonii i Ruchu, które zaprowadziły na Stadion Śląski pierwszą z tych drużyn, a za tydzień zmuszą do tego drugą. Polonia swojego stadionu jeszcze nie ma, boisko Ruchu pozbawione jest systemu ogrzewania. I kiedy na prawie pięćdziesięciotysięcznych trybunach Stadionu Śląskiego usiadło w sobotę zaledwie 5 tysięcy ludzi, widok był smutny. Ale takie są polskie realia. Jaki mecz ligowy jest na tyle atrakcyjny, żeby zgromadzić większą publiczność? Na Śląsku żaden.

Górnikowi Zabrze daleko jeszcze do klasy zespołu już nie tylko z czasów meczów z Romą, ale choćby z lat 80. Remis zabrzan z Widzewem nie stanowił więc niespodzianki. Obydwa kluby skazane są na porównania z przeszłością, bo taki już los niegdysiejszych mistrzów.

Nuworysze są w innej sytuacji. Pewnie każdy kibic, dla którego piłka nie kończy się na czubku własnego nosa, cieszy się z wyników Korony Kolportera. Obecność takiej drużyny w lidze znacznie ją wzbogaca. Źródło finansowania klubu nie jest podejrzane, właściciel Krzysztof Klicki cieszy się dobrą opinią, trener Jacek Zieliński jest powszechnie lubiany, dyrektor sportowy Korony Paweł Janas swoje zrobił jako piłkarz i trener, a zakończone sukcesem starania Kielc o powstanie nowego stadionu mogą być przykładem dla innych miast.

Kiedy więc Korona wygrywa, piszemy, że jest to efekt normalności, jaką w innych klubach spotyka się rzadko. I oto przychodzi taki moment jak w sobotę. Coraz pewniejsza siebie Korona prowadzi z mistrzem Polski na swoim boisku 1:0, robi, co chce, a potem traci jedną bramkę, całą pewność siebie, niektórzy piłkarze także rozum i dochodzi do sensacyjnej porażki 1:4. Wygrywa Zagłębie z trenerem Rafałem Ulatowskim, który zaistniał tylko dlatego, że jego poprzednik Czesław Michniewicz uwierzył w swoją wielkość jeszcze szybciej niż piłkarze Korony.

Morał z tego płynący nie jest ani nowy, ani głęboki, lecz zawsze aktualny – jeśli wydaje ci się, że jesteś już lepszy od innych i możesz ich lekceważyć, to właśnie przegrałeś. Piłka takich nie lubi.