Nic podobnego. Mam przeciwne zdanie. Jesteście pełni radości, spontaniczni. Oczywiście nie zawsze i nie w każdej sytuacji, ale tak jest w każdym miejscu na świecie.
Pan też jest spontaniczny?
Tak. To najbardziej wyrazista cecha mojej osobowości. I na tym poprzestańmy, nie lubię mówić o sobie. Trzeba być bardzo ostrożnym w ocenie samego siebie.
Tęskni pan za rodziną, często dzwoni do domu?
Dzwonię codziennie, czasami po kilka razy. Długie rozmowy z żoną i dziećmi są mi bardzo potrzebne.
Dzieci są jeszcze małe?
Syn ma już prawie siedem lat, córka pięć i pół. Dzieci były z żoną w Polsce, odwiedziły mnie na zgrupowaniu w Szczyrku. Chcę, żeby przyjechały też w zimie.
Co pan wcześniej wiedział o Polsce?
Sporo czytałem, znam waszą historię, problemy, osiągnięcia. Najwięcej jednak dowiedziałem się od Włochów mieszkających w Polsce. To były praktyczne wskazówki, które wiele mi dały. Nawet nie wiedziałem, że aż tylu moich rodaków tutaj mieszka.
Podobno po igrzyskach w Pekinie kończy pan pracę z kobietami i zaczyna z mężczyznami. To jest prawda?
Moim celem są igrzyska, nie ukrywam, że chcę poczuć smak olimpijskiego medalu. Z Włoszkami nie było mi go dane zdobyć, bo w Atenach w 2004 r. pokonały nas w ćwierćfinale Kubanki. Mam nadzieję, że Polki staną na olimpijskim podium, a ja dotrzymam obietnicy, którą dałem, podpisując kontrakt. Co będzie dalej, nie wiem i, prawdę mówiąc, nie ma sensu teraz o tym mówić.
rozmawiał Janusz Pindera
Urodzony 5 września 1963 r. w Rawennie. Żonaty, dwoje dzieci. W marcu 2001 r. został pierwszym trenerem reprezentacji Włoch. Kilka miesięcy później Włoszki zdobyły srebrny medal mistrzostw Europy, a rok później w Berlinie wywalczyły mistrzostwo świata. We wrześniu 2006 r. po konflikcie z czołowymi siatkarkami zrezygnował z pracy z reprezentacją Włoch. 28 lutego 2007 r. objął reprezentację Polski. Jego największym do tej pory sukcesem w nowej pracy był pierwszy, historyczny awans do finału Grand Prix. Jego motto brzmi: Trening to nie miejsce na demokrację, gdy zaczyna się praca, kończy się dyskusja.