Rz: Miał pan chwile zwątpienia?
Marcin Możdżonek: Jestem już doświadczonym zawodnikiem i nauczyłem się radzić sobie z emocjami, ale faktycznie było gorąco. Nieszczęście było blisko, byliśmy na skraju przepaści, właściwie już w nią wpadaliśmy, ale cudem się z tej opresji wykaraskaliśmy.
Pana wejście odmieniło losy drugiego seta. Swoimi blokami podłamał pan Niemców...
Jestem od tego, by blokować, a nie ukrywam, że tej sztuki człowiek uczy się z wiekiem. To kwestia doświadczenia, analizy gry rywali.
Wygraliście tę partię, ale nie rozwiązaliście wszystkich problemów. Było ich jeszcze sporo, z czego to wynikało?
Niemcy robią swoje, są konsekwentni taktycznie, a my nieśliśmy wielką presję na plecach. Nie tylko ja miałem świadomość co oznaczałaby porażka dla polskiej siatkówki. Nie boję się tego słowa – to byłaby klęska. Gdyby nas zabrakło na igrzyskach olimpijskich w Rio de Janeiro przyszłość tej dyscypliny mogłaby wyglądać zupełnie inaczej. Dlatego radość jest tak wielka.
Po przegranej z Francją mówił pan, że jest spokojny o wynik meczu z Niemcami. Naprawdę tak pan myślał?
Głęboko wierzyłem, że wygramy. Z Francuzami zagraliśmy przecież dwa kapitalne sety i niewiele brakowało, by ten sobotni mecz miał innego zwycięzcę. Trójkolorowi to przecież wspaniała drużyna, dziś chyba najlepsza na świecie. A my biliśmy się z nimi jak równy z równym. Ale nie ma już sensu, tego wszystkiego analizować. Najważniejsze, że wygraliśmy mecz o największym ciężarze gatunkowym, najbardziej stresujący, o wielką stawkę, bo przegrywający odpadał z walki o igrzyska. I na szczęście nie jesteśmy to my.
Co dalej, jakie plany, będzie choć trochę czasu, by się tym sukcesem pocieszyć?
Ależ skąd, jak najszybciej wracamy do klubu, będzie trening i znowu gramy.