Pojedynki Legii z Lechem niemal zawsze są przebojami. Dwa wielkie kluby z dwóch wielkich polskich miast walkę o pierwszeństwo w kraju mają w stuletnim DNA. To normalna rywalizacja. Niestety, jeśli do tego dochodzą chore emocje szowinistów, to z normalnego sportu robi się wojna.
Dwa lata temu kibice Lecha przerwali mecz z Legią. Na stadion weszła policja. Legia prowadziła 2:0, ale przyznano jej walkower i w takich smutnych okolicznościach została mistrzem Polski.
Ale mecz bez kibiców to nie jest mecz. Pusty stadion, choćby najpiękniejszy, bez widzów nie żyje. Jednak przy okazji takich spotkań jak Lech – Legia może to mieć przynajmniej jedną dobrą stronę – nie ma awantur.
Mecz w Poznaniu bez kibiców stał na bardzo dobrym poziomie. Obydwie drużyny miały szanse – mniej więcej po równo. Legia była lepsza w pierwszej połowie, Lech w drugiej, chociaż to warszawianie wypracowali więcej klarownych sytuacji. Jedyna bramka padła po podaniu Waleriana Gwilii. Bramkarz Lecha Mickey van der Hart pechowo piąstkował piłkę. Odbiła się od pleców obrońcy, uderzyła w poprzeczkę i spadła na stojącego w odpowiednim miejscu Tomasa Pekharta, który wepchnął ją do siatki brzuchem. Wcześniej ani później czeski środkowy napastnik Legii nie miał z piłką żadnego istotnego kontaktu. Spotkał się z nią raz, ale dobrze.
Najlepiej w Legii spisywała się linia obrony: polski bramkarz i czterech polskich zawodników. To w ekstraklasie rzadkość.
Znakomite wrażenie wywarł Piast. Jeśli zdobywa się bramkę w 42. sekundzie spotkania, to można grać spokojnie. Mistrzowie Polski całkowicie zdominowali krakowską Wisłę. Zdobyli jeszcze trzy gole, wszystkie po przygotowanych akcjach, ale i po wyjątkowo bolesnych błędach obrońców.
Tym razem Wisła grała tak, jakby nic przez te dwa miesiące nie robiła. Piast – wprost przeciwnie. Przez całe półtorej godziny panował nad sytuacją, nie miał słabych punktów w żadnej formacji.
Pogoń na swoim boisku dała sobie narzucić styl Zagłębia, a rozmiary porażki 0:3 są niespodzianką. ŁKS kolejny raz grał nieźle i znowu przegrał. To jasne, że niełatwa jest sytuacja nowego trenera, który pierwszy mecz musi grać od razu o punkty. Wciąż trudno zrozumieć, dlaczego ŁKS zamienił dobrego jak na możliwości klubu Kazimierza Moskala na Wojciecha Stawowego.
To, co wydarzyło się w Płocku, można nazwać sabotażem piłkarzy Wisły. Jakby pokłócili się w szatni. Korona zdobyła cztery bramki, co w tym sezonie na wyjeździe jeszcze się jej nie zdarzyło. Petteri Forsell jednego gola strzelił, przy dwóch podawał, trener Maciej Bartoszek wygrał drugi raz z rzędu. Korona jeszcze nie spadła.
Cracovia pożegnała swojego najbardziej znanego kibica. Mecz z Jagiellonią poprzedziła minuta ciszy, na tablicy świetlnej ukazał się napis: „Żegnaj Mistrzu Słowa. Jerzy Pilch 1952–2020". Zawodnicy włożyli czarne opaski. Nie przypominam sobie, by sportowcy czcili w ten sposób pamięć człowieka kultury. Ale tak powinno być. To jest Kraków. Tyle że Cracovia przegrała piąty raz z rzędu.
tabela
1. Legia 27 54 55-26
2. Piast 27 46 32-25
3. Śląsk 27 43 35-30
4. Cracovia 27 42 35-26
5. Lech 27 42 45-26
6. Pogoń 27 41 27-26
7. Jagiellonia 27 40 36-35
8. Lechia 26 38 32-33
9. Raków 27 37 33-38
10. Zagłębie 27 36 44-40
11. Górnik 27 36 35-36
12. Wisła P. 27 36 33-45
13. Wisła K. 27 31 33-42
14. Korona 27 29 19-31
15. Arka 26 25 22-37
16. ŁKS 27 20 25-45
27. KOLEJKA
- Śląsk – Raków 1:1
Chrapek 90–karny – Brown Forbes 83
- Pogoń – Zagłębie 0:3
Drażic 7, Bohar 27, Białek 42
- ŁKS – Górnik 0:1
Giakoumakis 36
- Piast – Wisła K. 4:0
Jorge Felix 1, Piotr Parzyszek 11, 64, Tuszyński 85
- Lech – Legia 0:1
Pekhart 17
- Wisła P. – Korona 1:4
Kocyła 15 – Kovacevic 30, Cebula 34, Forsell 67, Kiełb 87
- Cracovia – Jagiellonia 0:1
Mystkowski 88
- Mecz Lechia – Arka zakończył się po zamknięciu gazety ?