Legię do tytułu poprowadził Stanisław Czerczesow, pański kolega z boiska. Razem zdobywaliście trzykrotnie mistrzostwo Austrii z Tirolem Innsbruck. Wysłał pan mu już sms-a z gratulacjami?
Cały czas jesteśmy w kontakcie. Często się spotykamy na kawce, lubimy porozmawiać o futbolu. Cieszę się, że mu się udało, bo presja w Warszawie jest ogromna.
Jest rzeczywiście tak groźny, jak się go przedstawia?
Prywatnie to fajny, wesoły człowiek. Ale w pracy zmienia się w zdyscyplinowanego profesjonalistę. Jeszcze kiedy był piłkarzem, wymagał dużo zarówno od siebie, jak i od kolegów. Wyróżniał się niezwykłą ambicją, nie lubił odpuszczania. Kiedy traciliśmy bramkę przy prowadzeniu 4:0 czy 5:0, był tak wściekły, jakbyśmy przegrywali. Nie przez przypadek mówi się o jego twardej ręce.
Legia potrzebowała tej twardej ręki, by odzyskać tytuł?
Kiedy Stani przejmował zespół po Henningu Bergu, Legia traciła dziesięć punktów do Piasta. Przyjeżdżając do Polski, wiedział już bardzo dużo o naszej lidze, o klubie. Sam opowiadałem mu o swoich przemyśleniach. Mistrzostwo to przede wszystkim jego zasługa. Potrafił stworzyć zdrową konkurencję jak na Zachodzie. U niego nie ma świętych krów: jeden, dwa słabsze mecze i siadasz na ławce. Wiosną Legia bardzo się zmieniła, wyglądała dobrze fizycznie, dominowała, imponowała stylem. Zdarzały się jej oczywiście gorsze spotkania, ale piłkarze to nie maszyny.
Czy Legia ma już drużynę gotową do walki o Ligę Mistrzów?
Pamiętam, jak powiedziałem Staniemu: „Jeżeli po 20 latach wprowadzisz polski zespół do fazy grupowej, przejdziesz do historii”. Trzeba iść za ciosem, nie spoczywać na laurach. Wierzę, że tym razem się uda. Moment jest wymarzony – obchody stulecia klubu. Ale Legia powinna się wzmocnić, ma potencjał finansowy, a dobrych piłkarzy nigdy za wiele. Myślę, że z dwóch, trzech przy Łazienkowskiej zobaczymy.
Szukałby pan nowych twarzy w Polsce czy za granicą?
Odpowiem dyplomatycznie. Niech Legia daje szansę młodym, zdolnym zawodnikom z polskiej ligi, ale szuka jednocześnie znaczących wzmocnień za granicą. Piłkarzy ambitnych, z doświadczeniem na europejskich boiskach, ale bez gwiazdorskich zapędów, identyfikujących się z klubem. Takich jak Adam Hlousek, który pokazał, że nie przyszedł z Bundesligi do Polski, by odcinać kupony.