Armand Duplantis: Spacerowałem w chmurach

Rekordzista świata w skoku o tyczce Szwed Armand Duplantis specjalnie dla „Rzeczpospolitej”: dziś nie mam marzeń, tylko plany.

Aktualizacja: 15.05.2020 06:33 Publikacja: 14.05.2020 17:21

Armand „Mondo” Duplantis ma 21 lat, jest wicemistrzem świata i mistrzem Europy. 8 lutego w Toruniu u

Armand „Mondo” Duplantis ma 21 lat, jest wicemistrzem świata i mistrzem Europy. 8 lutego w Toruniu ustanowił pierwszy raz rekord świata (6,17 m), tydzień później w Glasgow skoczył 6,18 m. Jego ojciec jest Amerykaninem, a matka Szwedką

Foto: ADAM KLINGETEG

Jak się pan czuje z opinią, że dla lekkoatletyki jest pan nowym Usainem Boltem?

To dla mnie olbrzymie wyróżnienie, takie etykietki mi schlebiają. Czuję się jednak trochę dziwnie, bo Usaina Bolta i mnie wiele różni. Jesteśmy zupełnie innymi osobami, uprawiamy inne konkurencje i – przede wszystkim – nie osiągnąłem tyle, co on.

Ale ma pan w sobie coś z showmana, jak Bolt?

Oczywiście! Lubię zabawiać ludzi, dawać ekscytację. Rozpoczęcie zawodów i wejście na rozbieg jest dla mnie wejściem do innego świata. Przełączam tryb, przestaję kontrolować emocje. Czasami bardzo mocno celebruję to, co się dzieje, a czasami w ogóle. Najważniejsze, żeby skakać wysoko. To, co wydarzy się po próbie, będzie zależało od uczuć, jakie wywoła we mnie skok. Niczego nie planuję.

Zimą dwa razy pobił pan rekord świata. Trudno po takim osiągnięciu stać twardo na ziemi?

Sezon halowy był absolutnie szalony. Czułem, że mam szansę skakać naprawdę wysoko oraz zbliżyć się do rekordu świata, ale na pewno nie planowałem jego pobicia. Teraz mam ten rekord i muszę do tego przywyknąć. Cieszę się z szumu, jaki wywołały moje osiągnięcia. Każdy, kto chce być najlepszy, wie, z czym to się wiąże: z ogromnym zainteresowaniem. Nie mogę narzekać. Skaczę wysoko, zabawiam ludzi, ale dalej twardo stoję na ziemi.

Coś się zmieniło czy dalej jeździ pan starą toyotą brata?

Kupiłem dom w Baton Rouge w Luizjanie i mieszkam tam razem z bratem Antoniem oraz jego dziewczyną. To największy wydatek, na jaki kiedykolwiek się zdecydowałem. Poza tym w moim życiu codziennym zmieniło się niewiele. Tak, dalej jeżdżę starą toyotą brata.

Co pamięta pan z zawodów w Toruniu, kiedy pobił rekord świata?

Rekord świata po raz pierwszy bije się tylko raz i nawet jeśli w przyszłości poprawię go jeszcze dwukrotnie albo nawet dwudziestokrotnie, to zawsze będę pamiętał Toruń. Atmosfera była fantastyczna, publiczność dała mi mnóstwo energii. Wszyscy na trybunach chcieli, żebym pobił ten rekord, i ja też tego chciałem. Pragnąłem dać im show. Ten moment, kiedy przeskoczyłem poprzeczkę… W mojej głowie i sercu działo się tyle rzeczy, że aż trudno to opisać. Jakbym spacerował w chmurach. To był szalony dzień, do dziś wydaje się nierealny.

Pamięta pan, jakiego SMS-a dostał przed konkursem od ówczesnego rekordzisty Francuza Renauda Lavilleniego?

„Baw się dobrze, skacz wysoko, ale nie zbyt wysoko” – tak mniej więcej brzmiał ten SMS. To było zabawne. Kiedy byłem dzieckiem, Lavillenie był moim idolem. Później stał się moim rywalem, przyjacielem, nawet mentorem. Zawsze daje mi wskazówki, doradza i jestem mu za to niesamowicie wdzięczny. Zabrać rekord świata takiemu facetowi? Coś wyjątkowego.

Jak się poznaliście?

Miałem 13 lat, kiedy spotkałem go na zawodach. Kolejnego dnia przyszedł na stadion i patrzył, jak skaczę. Później przysłał mi swoją koszulkę oraz plakat, które do dziś są w domu moich rodziców. Oprawiłem je w ramkę, powiesiłem nad łóżkiem i widziałem każdego dnia rano, kiedy wstawałem. Lavillenie był wówczas królem skoku o tyczce, chciałem być jak on.

Co stało się zimą, że zrobił pan tak gigantyczny postęp?

Wiedziałem, że mogę się wzmocnić fizycznie: popracować nad szybkością, powiększyć masę mięśniową. Nie zmieniłem tyczek, wciąż skaczę na takich samych jak jesienią. Jestem za to szybszy i lżejszy, stałem się po prostu lepszym sportowcem. Jem zdrowiej, trenuję ciężej, więcej odpoczywam… Efekt jest taki, że pobiłem rekord świata.

Podobno jeszcze niedawno był pan „grubym dzieciakiem z college’u”?

No tak, faktycznie jakiś czas temu byłem bez formy…

Mama mówiła, że odsuwał pan warzywa na bok talerza…

Niestety, ale teraz mogę zapewnić, że jem ich dużo więcej!

Tęskni pan za życiem studenckim?

To była dobra zabawa, cieszyłem się tym życiem, ale ostatecznie wybrałem inną drogę. Nie da się mieć wszystkiego. Nie można jednocześnie bawić się i bić rekordów świata. Postanowiłem, że chcę wysoko skakać. Sport trochę ogranicza, ale to, co daje, wystarcza mi do szczęścia.

Ojciec – tyczkarz, mama – wieloboistka. Był pan skazany na sport?

Pochodzę ze sportowej rodziny, dorastałem, mając skocznię w ogródku, i trudno było nie spróbować. Zacząłem już w wieku trzech, czterech lat.

Jest pan najmłodszym zawodnikiem, który złamał tyczkę?

Kiedy miałem siedem lat i widziałem, jak wszyscy rywalizują na zawodach, też chciałem rywalizować. Miałem specjalne tyczki, robione na zamówienie, i faktycznie jedną z nich złamałem. Były bardzo kruche, trochę takie jak makaron.

Mistrz świata Amerykanin Sam Kendricks w młodości miał tyle urazów i blizn, że mówili na niego Mr. Stitch – Pan Szew. Jak było z tym u pana?

Mój ojciec zawsze wychodził z założenia, że bezpieczeństwo przede wszystkim, i takiego skakania mnie i brata uczył. Zdarzały się szwy, ale nigdy nie doznałem poważniejszej kontuzji. Nawet kiedy pękała tyczka, wychodziłem z tego bez szwanku, w dobrym zdrowiu. Ten tytuł – Pan Szew – zostawiam więc Samowi.

Skok na wysokość 6 metrów robi wrażenie. Bał się pan kiedyś?

Wszystko przychodziło mi naturalnie. Dzień po dniu, tydzień po tygodniu, od najmłodszych lat poprawiałem swój poziom i podwyższałem wysokość. Nigdy nie było gwałtownego postępu, nie miałem kiedy zacząć się bać. To też klucz do bycia dobrym tyczkarzem. Tym, co różni nas - Kendricksa, Lavilleniego, Piotra Liska czy Pawła Wojciechowskiego od skaczących po 5.60, nie jest przygotowanie fizyczne, tylko mentalność. W naszym sporcie nie możesz się bać.

A poza skocznią czegoś się pan boi?

Nie jestem wyjątkowy. Może faktycznie mam większą odporność, jeśli chodzi o lęk wysokości, ale gdy wejdę naprawdę wysoko i spojrzę w dół, to jednak pojawia się strach. Lubię rollercoastery. Z drugiej strony gdybym zobaczył pod nogami wielkiego pająka albo węża, pewnie bym się przeraził.

Trzeba mieć w sobie trochę szaleństwa, żeby skakać o tyczce?

Tak, na pewno odrobina się przydaje.

Rozmawia pan czasem z tyczkami?

Nigdy, ale staram się być miły, utrzymywać z nimi dobrą relację. Wiem, że tyczki lubią, kiedy się na nich wysoko skacze, więc to robię.

To prawda, że przy najlepszych próbach skakał pan jakby bez wysiłku?

Czasami tak jest. Kiedy skaczę naprawdę dobrze, to mam takie poczucie. Po prostu biorę szybki rozbieg, a o resztę dba moje ciało. Pamięć mięśniowa przejmuje kontrolę i wykonuje skok za mnie.

Piotrowi Liskowi w okresie przygotowawczym zdarza się pracować nawet osiem godzin dziennie. Jak dużo czasu pan poświęca na trening?

Piotr jest większy niż ja, bardziej rozwinięty fizycznie. Stojąc obok siebie, wyglądamy jak ludzie uprawiający inne konkurencje. Ja podczas treningu bardzo mocno skupiam się na szybkości, to mój największy atut. Czasem pracuję dwie godziny dziennie, czasem cztery. Na pewno nie więcej.

W jakich elementach może pan się jeszcze poprawić?

W każdym. Zawsze mogę być lepszy technicznie, silniejszy, szybszy. Myślę, że poprawa w tych elementach będzie mi przychodziła naturalnie.

Czytał pan kiedyś „Harry’ego Pottera?”

Widziałem, że Stefan Holm (szwedzki skoczek wzwyż – przyp. red.) wstawił kiedyś moje zdjęcie w okularach i fotkę Harry’ego, pamiętam to porównanie. Książek tych jednak nie czytałem, choć chyba powinienem.

Jakie ma pan marzenia?

Dziś nie mam marzeń, tylko plany. To, czym się zajmuję, jest wymierne i osiągalne.

A jako dziecko? Myślał pan tylko o sporcie?

Tak, moje marzenia były głównie sportowe: rekord świata, mistrzostwo olimpijskie. A poza tym? Prawnik. Zawsze chciałem być jak ojciec, a on jest z wykształcenia prawnikiem. To byłoby coś. Taki zawód wymaga wiele pracy, ale kto wie? Może kiedyś mi się uda.

Jaka jest granica ludzkich możliwości w skoku o tyczce?

Nie mam pojęcia! Chciałbym skakać tak wysoko, żeby ludzie zaczęli się nad tym zastanawiać.

Jak się pan czuje z opinią, że dla lekkoatletyki jest pan nowym Usainem Boltem?

To dla mnie olbrzymie wyróżnienie, takie etykietki mi schlebiają. Czuję się jednak trochę dziwnie, bo Usaina Bolta i mnie wiele różni. Jesteśmy zupełnie innymi osobami, uprawiamy inne konkurencje i – przede wszystkim – nie osiągnąłem tyle, co on.

Pozostało 96% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Lekkoatletyka
Festiwal Biegów: Krynica-Zdrój znów nie zasnęła
Lekkoatletyka
Lekkoatletyczny Wielki Szlem i rewolucja na igrzyskach. Walka o władzę w tle
FILM
Widzieliśmy nowy hit Netflixa. To nie jest rozrywka dla każdego
Lekkoatletyka
Memoriał Kamili Skolimowskiej. Jakob Ingebrigtsen zaatakuje rekord świata
Materiał Promocyjny
Mity i fakty – Samochody elektryczne nie są ekologiczne
Lekkoatletyka
Memoriał Ireny Szewińskiej. Natalia Kaczmarek i Paweł Fajdek błyszczą formą