Reklama

Kamila Lićwinko: mężowi ufam bezgranicznie

Rekordzistka Polski w skoku wzwyż o zbliżających się halowych mistrzostwach Europy w Pradze, granicy dwóch metrów i pracy z mężem-trenerem.

Aktualizacja: 03.03.2015 06:53 Publikacja: 03.03.2015 04:34

Kamila Lićwinko z mężem i trenerem - Michałem.

Kamila Lićwinko z mężem i trenerem - Michałem.

Foto: Fotorzepa, Marian Zubrzycki

Zdarza się pani czasami myśleć o tym, że jest pani najlepszą w historii polską zawodniczką w skoku wzwyż?

Mam takie przebłyski. Ale czasem jeszcze to do mnie nie dociera. To jest spełnienie moich marzeń. W końcu zaczęłam skakać wysoko, liczyć się na świecie. Teraz mogę jechać na zawody i rywalizować z najlepszymi zawodniczkami jak równy z równym.

Czuje się pani światową czołówką skoku wzwyż?

Nie myślę o tym. Ale cieszę się z tego, że regularnie potwierdzam swoją wysoką dyspozycję.

W zeszłym roku zmagała się pani z kontuzją stawu skokowego. Pani trener i mąż Michał Lićwinko mówił, że teraz na szczęście nic strasznego z nogą się nie dzieje, ale po prostu boli. Oswaja się pani z myślą, że ten ból może trwać przez całą karierę i trzeba się przyzwyczaić?

Reklama
Reklama

Może tak być. Mam tylko nadzieję, że to nie będzie taki ból, jaki odczuwałam w zeszłym roku w sezonie letnim. Wtedy naprawdę nie dałabym rady skakać. To byłaby tragedia. Ale jestem pod dobrą opieką i dbam o to, żeby nic złego już się nie wydarzyło, żeby nie dochodziło do dużych przeciążeń. Nie ma mowy o operacji, bo zabieg niczego nie poprawi. Może tylko stać się krzywda, dlatego że wtedy zmniejszy mi się ruchomość w stawie skokowym. Tylko i wyłącznie rehabilitacja.

Bardziej cieszy stabilizacja na wysokim poziomie czy poprawianie wyników niemal w każdym skoku?

Stabilizacja. Wiele razy skakałam ponad 190 cm, a potem spadałam na poziom 180-kilku cm. Dlatego teraz bardzo się cieszę, że najsłabszym startem w tym sezonie było 195 cm, co wcale nie jest takim kiepskim wynikiem.

Stabilizacja na wysokim poziomie wynika z poprawy techniki czy to raczej kwestia nastawienia psychicznego?

Myślę, że oba te elementy. Dojrzałam do wysokich skoków. Ale pomaga również to, że trening jest bardzo dobrze przemyślany przez mojego męża. Dokładam co roku kilka procent i to daje efekty.

Mąż twierdzi, że do swoich obecnych wyników może pani dołożyć jeszcze kilka centymetrów.

Reklama
Reklama

Wspominał mi o takich wysokościach, że ja na razie się z tego śmieję. Nawet nie będę mówiła o jakich. Jeśli to się sprawdzi, to będzie naprawdę wspaniale.

Ale chyba już 202 cm, czyli rekord Polski, który ustanowiła pani w Toruniu, to całkiem niezła wysokość?

Tak, ja jestem bardzo zadowolona. Szczerze mówiąc nie spodziewałam się, że mogę tyle skoczyć. Ale teraz wiem, że stać mnie na jeszcze więcej.

Czym będą dla pani halowe mistrzostwa Europy w Pradze: rozgrzewką przed sierpniowymi mistrzostwami świata w Pekinie czy potwierdzeniem halowej dominacji?

Przede wszystkim w Pradze chciałabym spełnić swoje oczekiwania wobec siebie. Na pewno myślę o tym, by walczyć o coś. Na razie wolę nie zaprzątać sobie tym głowy. Nie chcę się nakręcać, robić złudnych nadziei sobie i innym. Mam nadzieję, że wszystko pójdzie po mojej myśli i będę skakała równie dobrze jak w innych konkursach.

Dwa metry to taka psychologiczna bariera? Jeśli raz pokona się tę wysokość, to potem pokonywanie jej przychodzi już łatwiej?

Reklama
Reklama

Pewnie tak jest. Wszystko jest w głowie. Jeśli tam wszystko ułożone jest jak należy i forma jest dobra, to wtedy można zdziałać naprawdę dużo. Tak mi się wydaje. Ale składa się na to wiele czynników. Na mistrzowskich imprezach trzeba przede wszystkim zachować zimną krew. Czasem tylko od głowy zależy czy konkurs się wygra czy przegra.

A jak zachować zimną krew między jednym a drugim skokiem? Kiedy trzeba myśleć nad kolejną wysokością, patrzeć, co robią rywalki?

Staram się nie obserwować przeciwniczek, nie kalkulować. Jeśli skaczę dobrze, to ze skoku na skok staję się pewniejsza. Gorzej, jeśli coś się strąci, wtedy zaczynają się nerwy. Ale i z tym będę umiała sobie poradzić. Pokazałam to w Sopocie strącając 197 cm, poprawiając w drugiej próbie i następnie skacząc 200 cm w pierwszym podejściu. Mam na tyle doświadczenia i spokoju w sobie, że dam radę.

Pani trenerem jest mąż. Znacie się bardzo dobrze. Czy w czasie konkursów widać po nim, że on też się denerwuje?

Nie, nie daje tego po sobie poznać. Ale pamiętam, że rok temu w Sopocie po konkursie zeszły z niego wszystkie emocje i od razu, gdy przyszliśmy do pokoju, zasnął.

Reklama
Reklama

Da się oddzielić pracę od domu, gdy mąż jest trenerem?

Tak, wydaje mi się, że dobrze sobie z tym radzimy. W domu staramy się nie rozmawiać o skoku wzwyż. Tak ustaliliśmy na początku. Ale wiadomo, że jeśli był trening, potem uwagi, a ja mam jakieś pytania, to zapytam. Chociaż obracamy się w środowisku sportowym, nasi znajomi to w większości sportowcy, więc trudno nie wspominać o sporcie.

Ufa mu pani bezgranicznie?

Bezgranicznie. Oczywiście z nim podyskutuję, bo taka jest moja natura, ale co powie na treningu, to zrobię od A do Z. W treningu ostatnie słowo należy do niego.

Czy gdyby pani trenerem nie był mąż, inaczej podchodziłaby pani do pracy?

Reklama
Reklama

Myślę, że nie. Do treningu podchodzę bardzo profesjonalnie. Ale w tej relacji jest jeden dodatkowy plus – Michał bardzo krótko trzyma mnie na treningu. Jeżeli mam coś zrobić, to muszę to zrobić. Jak nie zrobię na jednym, bo nie mam siły, to gdzieś tam niepostrzeżenie wplecie to w inne elementy. Czegoś nie mogę zrobić jednego dnia, to nie robię tego na siłę, ale ostatecznie i tak wychodzi na to, że zrobiłam wszystko, co zaplanował. To dobry plan.

Pewnie czasem zdarza się, że wraca pani z treningu do domu zła na trenera, a tam mąż, który przecież jest trenerem. Co pani robi w takich sytuacjach?

Na szczęście mamy duże mieszkanie, więc mogę posiedzieć w innym pokoju. Ale naprawdę nie było takiej sytuacji! Ja nie jestem człowiekiem, który się dąsa nie wiadomo ile czy chowa urazę. Szybko mi przechodzi. Zresztą jemu też.

Czy w tym sezonie uda się pani przekroczyć granicę dwóch metrów na stadionie?

Bardzo bym chciała. To jest jeden z głównych celów i chyba także marzeń. Zresztą to też na pewno jeden z wymogów, żeby przywieźć medal z Pekinu. Jeżeli nie będę miała problemów ze zdrowiem, to forma nie powinna nigdzie uciec, a tylko się umocnić.

Reklama
Reklama

Marzy pani o tym, by skakać tak, jak w 1987 roku rekordzistka świata Stefka Kostadinowa (209 cm – przyp. mradz)?

Wcześniej nie przychodziło mi takie coś do głowy, ale teraz o tym myślę. Nie będzie to proste i łatwe. Nie wiem, czy uda się w najbliższych latach. Jednak trzeba podnosić sobie poprzeczkę jak najwyżej. Wiem, że strać mnie na to, by skakać bardzo wysoko, ale nie mówię, że będzie to od razu rekord świata. Chociaż a treningu technicznym, gdy biegam, robię ćwiczenia akrobatyczne na zeskoku, poprzeczka zawsze wisi na 210 cm. Michał mówi, że muszę przyzwyczajać się do tej wysokości.

W Spale notował Maksymilian Radzimirski

Kamila Lićwinko - rekordzistka Polski w skoku wzwyż. 22 lutego na halowych mistrzostwach Polski w Toruniu uzyskała 2,02 m. Halowa mistrzyni świata z Sopotu (2014), triumfatorka uniwersjady w Kazaniu (2013). Ma 29 lat, pochodzi z Bielska Podlaskiego.

Lekkoatletyka
Wyjątkowy mityng Orlen Cup w Łodzi już w niedzielę
Lekkoatletyka
Polska w czołówce. 16 medali mistrzostw świata w paralekkoatletyce
Patronat Rzeczpospolitej
17. edycja Biegnij Warszawo rozpoczęła cykl Running Europe Tour 2025
Lekkoatletyka
Mistrzostwa świata w paralekkoatletyce. Drugi złoty medal Faustyny Kotłowskiej
Lekkoatletyka
Mistrzostwa świata w paralekkoatletyce. Debiut marzeń, Bartosz Sienkiewicz ze złotem
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama